24 sierpnia 2008

Zagubiona ambicja...

Zniknęłam pomiędzy wspomnieniami.
Chcąc zapomnieć błędy przeszłości.
Wymazać wspomnienia.
Pozbyć się tego co bolesne.
Chciałam naprawić sobie życie.
A zniszczyłam siebie.

Mój cel był prosty. Wmawiałam sobie, że, kiedy zamknę przeszłość w osobnym rozdziale, wszystko będzie dobrze. Problem w tym, że chyba nie potrafię tego zrobić.
Szukając drogi do zapomnienia minionych wydarzeń, dawnego życia, zatraciłam się w tych wspomnieniach.
Fakt, nie mogę powiedzieć, że wszystko, co mnie w życiu spotkało było złe. Mam złe i dobre wspomnienia. Problem w tym, że chwilami zaczynam żyć w tym, co już nie wróci. Chcąc zmienić coś co się wydarzyło. Widząc jak wiele złego wyrządziłam, jak inaczej mogłam postąpić.
Chciałam... próbowałam zmienić cokolwiek. Chciałam zmienić siebie. Skończyło się na tym, że przestałam być sobą. Zatraciłam się we własnych rozmyślaniach, próbach przemiany.
Znów przestałam marzyć... wierzyć... tworzyć... Nie potrafiłam spojrzeć na świat tak ukochanymi niegdyś przeze mnie oczyma wyobraźni. Zgubiłam wenę i straciłam ambicję.
Żyłam we własnym śnie, w którym wmówiłam sobie, że jest lepiej, choć tak naprawdę oddalałam się od świata.
Izolowałam się.
Śniłam na jawie, choć nie marzyłam.
Chciałam zostać sama, a wszystkim, którzy wyciągali do mnie pomocną dłoń, podarowywałam fałszywy uśmiech i, mówiąc: 'Wszystko jest ok', odprawiałam ich z kwitkiem.
Wiem, że źle czyniłam. I choćby nie wiem co, nie powinnam odpychać od siebie ludzi, którzy chcą mi pomóc.
Ale ja to robię.
Ciągle.
Zawsze, kiedy wpadam w pułapkę własnych myśli, zaczynam uciekać przed ludźmi... przed światem... przed samą sobą...
Chcę wtedy sama wyjść z problemów, nie zauważając jak pogrążam się jeszcze bardziej.
I w pewnej chwili mam moment wahania, bo jakaś część mnie błaga o pomoc od kogokolwiek, a druga część samolubnie, przepełniona dumą stwierdza, że poradzę sobie sama, bo ta duma nie pozwala jej poprosić o pomoc.
I jestem rozdarta. To, w którą stronę udam się w tej chwili zależy od tego, która z tych stron będzie właśnie silniejsza. To czy znajdzie się ktoś, kto nawet wbrew mojej woli (albo przynajmniej tej części mnie, która pomocy nie chce) wyciągnie mnie z bagna.
Wiecie, dlaczego tak wysoko cenię sobie szczerość? Bo kiedy zatracam się we własnym świecie, kiedy zaczynam uciekać przed światem, kiedy zaczynam popełniać coraz więcej błędów, błędów, których potem mogę nie naprawić, tylko szczera prawda może mi pomóc. Krótkie zdanie, w którym będzie więcej prawdy, bolesnej prawdy niż chciałabym usłyszeć jest jedynym lekarstwem. I choć mogę się wtedy rozkleić i rozmazać jak niemowlę, to te słowa, tak czyste i szczere ukłują mnie, ale pomogą.
Tylko nie myślcie, że tą prawdą zrobicie mi krzywdę, i niech was wtedy nie rusza mój jęk i płacz, bo słowa: 'Wszystko będzie dobrze', sprawią mi większą krzywdę niż najgorsza prawda o mnie.

Kolejny raz zawaliłam. Następny błąd. Powtórka z historii. I 'grzech' którego nie umiem sobie wybaczyć.
Zostawiłam wszystko, bo myślałam, że tak będzie lepiej, ale pomyliłam się... znowu.
Odpychałam wszystkich, którzy chcieli mi pomóc, bo myślałam, że sama sobie poradzę, ale pomyliłam się... znowu.
Wiem, że mam tendencję do popełniania tych samych błędów, ale nic z tym nie robię... znowu.

Nie jestem ideałem. I, choć ta sytuacja powtórzy się pewnie znów, przepraszam.
Proszę tylko...
By następnym razem też zjawił się ktoś.

Zgubiłam się pośrodku światów.
Zabłądziłam.
Straciłam marzenia, wiarę i ambicję.
Motywacja odeszła w cień.
Wystarczył jeden szczery głos.
Jeden celnie wymierzony w serce cios.
I odnalazłam moją ambicję... życie.

Dziękuję Ci MightLight.
Tym razem to Ty sprowadziłaś mnie na ziemię.
_____


Oryginalnie post został opublikowany na moim uprzednim blogu pod adresem
http://lost-in-dark.blog.onet.pl