Czasem w życiu każdego przychodzi taka chwila, kiedy rozpoczynamy całkiem nowy etap. Gdy z mniejszą bądź większą niepewnością, wkraczamy w nieznany świat. Mój kolejny etap rozpoczął się równo o godzinie 12:00 czwartego października.
Właściwie, to od dwóch tygodni zbieram się na napisanie nowej notki, tylko, że z moją słabą umiejętnością organizacji czasu jakoś nie najlepiej mi to wychodzi. Z każdym kolejnym dniem dochodzę do wniosku, że doba ma za mało godzin, by zrealizować wszystkie postawione sobie cele. Choć prawdopodobnie to odczucie powodowane jest właśnie moim nie do końca umiejętnym rozplanowaniem czasu... cóż, wspominałam już kiedyś, że nie lubię planować.
Z drugiej jednak strony, nie chciałam pisać tego wszystkiego "na gorąco". Specjalnie wstrzymywałam się, by trochę ochłonąć, przemyśleć pewne sprawy, wydarzenia i już "na chłodno" opisać to, co ważniejsze.
Może do rzeczy.
Nie chcę pisać tutaj po kolei, co działo się przez minione trzy tygodnie, bo nie na tym pisanie bloga polega... przynajmniej nie do końca na tym. To, co chciałam tu napisać, to głównie moje spostrzeżenia i odczucia jako "świeżo" upieczonej studentki. No, może już nie tak świeżo, ale, to było tylko trzy tygodnie temu, prawda?
Pierwszy poniedziałek października był dla mnie jednym z bardziej stresujących dni w roku 2010. Nawet przed maturą z języka obcego, pisemną i ustną, tak się nie stresowałam. Ba nawet matura z matematyki, która nie do końca poszła tak, jak powinna, nie była dla mnie tak stresująca.
Właściwie, to idąc na uczelnię czułam się dziwnie. Niby wiedziałam, gdzie, co i jak, a z drugiej strony, nie wiedziałam nic. Byłam przerażona - praktycznie bez jakiegokolwiek konkretnego powodu. Miałam wrażenie jakby nagle tamto miejsce zaczęło mnie przytłaczać, przerażać.
Niby to miało być tylko szkolenie biblioteczne z uwzględnieniem podziału na grupy. Niby nic wielkiego. Ale zaraz, jaki podział na grupy?! Dlaczego nigdzie nic nie pisze?! W dziekanacie powiedziano tylko tyle, że podział jest "alfabetyczny" - super. To znaczy, że listę alfabetyczną podzielili na pół... Tylko jeszcze kwestia - na której literze państwo podzielili tę listę? A tego nie powiedziano nikomu.
Kolejna rzecz... Na roku miało być pięćdziesiąt osób... No to ja, stojąc w kolejce do dziekanatu po odbiór indeksu i legitymacji, pytam się, gdzie są ci ludzie?! Owszem, kolejka może i była, ale to był kurde drugi rocznik! I dalej stałam tam przerażona, czując się jak jakiś ufoludek w tym tłumie ludzi.
Czułam się jak pierwszoklasista, tylko w nieco starszym wydaniu. Właściwie, to choć wiedziałam prawie wszystko, co było mi potrzebne wiedzieć, to miałam wrażenie, że jestem jakaś zacofana, że nie ogarniam tego wszystkiego.
Kupa stresu, tona zdezorientowania i szczypta zagubienia, a wszystko doprawione pogodnym, nic nie zdradzającym uśmiechem.
Wszystko minęło, kiedy w kolejce za mną zjawiły się dziewczyny z mojego roku i kierunku!
Byłam uratowana.
Przyznam, że dzień zakończył się całkiem przyjemnie, pomimo nie do końca uroczego początku. Wracając do domu, byłam spokojna. Tak całkiem różna od tego jaka jechałam na uczelnię.
Na sercu gościł pogodny uśmiech.
Będę całkiem miło wspominała ten dzień.
Zajęcia zaczynały się szóstego października, w środę o godzinie ósmej. Przyznam szczerze, że wstawanie o godzinie 6:00 i wyszykowanie się na autobus, by dojechać na uczelnie omijając korki, to dla mnie coś nowego. Do tej pory miałam całkiem wygodne życie. Przez ostatnie pięć lat do szkoły wychodziłam pięć minut przed rozpoczęciem się lekcji, a na dziesięciominutowych przerwach wracałam do domu, odnosząc niepotrzebne już książki.
Zaledwie przez jeden rok dochodziłam do szkoły trzydzieści minut na piechotę przez las. Tam nawet autobusem nie dawało się dojeżdżać, ale to było tak dawno temu, że mój zadek zdążył przywyknąć do wygody.
W każdym razie, pierwsze zajęcia minęły całkiem... dobra, były nudne. Cała ta paplanina, że możemy się przepisać pomiędzy grupami, że na wykłady nie musimy chodzić, że nasza Pani Opiekun roku jest taka i owaka, że cały milion innych rzeczy, na szczęście nie trwały przewidziane dwie godziny. Pan Wykładowca był na tyle miły, że pierwsze porannezajęcia skończył po czterdziestu minutach, co zaowocowało w dwugodzinnej przerwie, którą w szkolnym języku nazwano by... okienkiem? Kolejne ćwiczenia, krótka prezentacja, co i jak, z czego korzystać, kto jest kim i... nie traćmy czasu, zacznijmy się uczyć! Przyznam, że jakoś mnie to nie zdziwiło. Bardziej zaskoczyły mnie skrócone zajęcia poprzedniego Pana Wykładowcy.
Pierwsze trzy dni były całkiem luźne, że tak to określę. Z wolna zapoznawaliśmy się z wykładowcami, systemem, biurokracją uczelnianą i sobą nawzajem.
Drugi tydzień nawet nie zaskoczył mnie tym, iż zaczęliśmy bardzo gonić z materiałem. Wydawało mi się to jakby normalne. Nawet zdziwiłam się nieco, kiedy kilku wykładowców specjalnie wskazywało, co należy zanotować, a co nie. Ponadto poczułam, że chyba nie tylko ja czuję się trochę zagubiona w tym świecie. Odniosłam dziwne wrażenie, że jako grupa, siedzimy w tym samym bagnie po uszy - razem.
Była tylko jedna rzecz, która mnie zirytowała. Nagle okazało się, że książki, których "mamy prawo na początku nie posiadać i zakupić je do końca października, gdyż nie będziemy z nich, póki co korzystać" - jak stwierdziła jedna Pani Profesor, muszą być na ławce, gdyż z nich nagle korzystamy u tej samej Pani Profesor, która wspominała, że na razie nie będą nam potrzebne.
Nie miałam wyjścia jak zaopatrzyć się, choćby na początek w kserowane wersje książek, których to nagle brakło w księgarniach i hurtowniach, o antykwariatach już nie wspominając.
Właśnie minął "trzeci" tydzień moich studiów i muszę przyznać, że choć jestem zmęczona porannym wstawaniem i podróżami autobusem, to jakoś nie czuję się przytłoczona całym tym systemem. Wiele rzeczy staje się przejrzyste.
Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że będzie... gorzej. W obecnej chwili, pomimo tego natłoku materiału i strasznego "gonienia", cała ta nauka przypomina mi lekcje z moją nauczycielką języka polskiego z liceum. Chyba powinnam być wdzięczna, że przygotowano mnie w liceum do trybu nauki na studiach. Dużo treści, brak konkretu do notatki, a sprawdziany są, z czego być muszą... ucz się sam! Zaoszczędziło mi to sporego "przeskoku" i chyba stresu też.
Zaczynamy się powoli "zżywać" w grupie.
Moja grupa "B" jest nieduża, lista liczy 26 nazwisk. W chwili obecnej regularnie na zajęcia uczęszcza z niej 16 osób. Równoległa jest większa o prawie 15 osób. Przyznam, że lubię moją grupę, panuje w niej taka... rodzinna atmosfera, pomimo że prawie się nie znamy. Fakt, iż jest nas mało przyjmuję całkiem pogodnie. Lubię małe grupy ludzi, wtedy wszyscy są jakby "bliżej".
Pierwsze tygodnie nie przeraziły mnie ani nie zniechęciły. Szczerze powiedziawszy to chyba jestem zadowolona, pomijając takie "zmory" jak system obsługi studenta - USOS i przeklęte logowanie na zajęcia wychowania fizycznego. Na samą myśl o tym bolą mnie nogi od biegania po mieście z jednej jednostki uniwersyteckiej do drugiej w poszukiwaniu osób, które łaskawie dologują mnie do wybranej przeze mnie grupy za zgodą wykładowcy.
Ech... biurokracja. A wszystko przez to, że nie miałam jak zalogować się na czas. Ale już wszystko załatwione i mój "wuef" obywa się w takich godzinach, które nie kolidują z planem zajęć, no, a do tego jestem na tej dyscyplinie, na której chciałam być ^^.
Dobra, to chyba byłoby na tyle w tej notce. Nie będę nic więcej dopisywać, bo wyjdzie mi z tego mini książeczka. A w poniedziałek mam kolokwium z greki, więc warto byłoby położyć się już spać.
Na koniec tylko takie pytanie do Was. Czy kiedykolwiek, a jeśli tak, to kiedy czuliście się tak, jakbyście byli gdzieś, gdzie nie powinno Was być? Czy mieliście ostatnio w jakiejś sytuacji wrażenie, jakbyście byli w złym miejscu o złej godzinie? Jakbyście nie należeli do tej rzeczywistości, która Was wtedy otaczała? Pewnie znowu nieco namieszałam ^^"
W każdym razie, jeśli zrozumieliście, któreś z powyższych pytań, to piszcie w komentarzach o Waszych małych "przygodach". Chciałabym poznać też Wasze historie.
Ufoludka z filologii klasycznej
24 października 2010
2 października 2010
Kilka błahostek z życia
Sporo czasu mnie tu nie było. Mogę powiedzieć, że znowu, ale cóż, taka już jestem. Zbieram się do napisania tej notki od czwartku i ilekroć już wiem, co chcę napisać i jak, ktoś mi przerywa. Dlatego też postanowiłam, że pierwsza notka po tej nieobecności będzie takim "skrótem wydarzeń".
No dobrze, w takim razie może zacznę od "początku".
Dlaczego mnie nie było?
Byłam nieobecna w blogosferze, bowiem chwilowo mnie zmęczyła, przechodziłam ponowne przesycenie tym światkiem i potrzebowałam przerwy od ciągłego siedzenia na blogach poszczególnych osób i swoim. Zaufajcie mi, każdy (albo przynajmniej spora większość) kto bloguje nieco dłużej w końcu dochodzi do tego, że ma dość blogowania i potrzebuje krótszej bądź dłuższej przerwy, nawet jeśli kocha pisać bloga z całego serca. W porządku, wiecie już czemu mnie nie było, ale czy to znaczy, że w moim życiu przez ubiegłe trzy miesiące nie wydarzyło się nic godnego uwagi?
Otóż nie. Pomimo mojego wcześniejszego przekonania (i prawdopodobnie przekonania każdej zdołowanej osoby) moje życie nie jest jednostajnie nudne. Owszem, zdarzają się dni bardziej monotonne, ale to nie znaczy, że nie wydarza się nic. Bowiem jest zupełnie odwrotnie. A nawet jeśli nie zdarza się coś wielkiego, niezapomnianego, to można zawsze zapamiętywać błahostki, dzięki którym każdy dzień jest unikalny, przyjemniejszy. W takim razie, co takiego zdarzyło się w moim życiu przez minione trzy miesiące?
Faktem jest, że nie wszystko potoczyło się tak, jak bym tego chciała, niektórych planów na wakacje wcale nie zrealizowałam, ale to były dobre miesiące.
Otóż, odnośnie konkretów.
Dostałam się na studia dzienne na wydział filologii klasycznej. Z początku nie byłam zachwycona tą wiadomością, gdyż nie jest to kierunek, który sobie wymarzyłam. Niestety na japonistykę w Krakowie nie stać mnie, na studia prywatne także, ale po pewnych przemyśleniach doszłam do wniosku, że jednak filologia klasyczna będzie czymś innym niż oklepany angielski (gdzie nawiasem mówiąc brakło mi 20 punktów), którego studiowanie i zagłębianie się w struktury gramatyczne mnie odpycha i nudzi zarazem.
Także od nadchodzącego poniedziałku będę już pełnoprawną studentką filologii klasycznej i przyznam, że podchodzę do tego całkiem optymistycznie (nawet bardziej niż do myśli, że mogłabym studiować kulturę i literaturę obszaru anglojęzycznego), choć jest lekki posmak żalu, że to nie japonistyka. Druga nowość, jaka zawitała w moim życiu w ostatnich miesiącach, to regularny sport, a dokładniej mówiąc brazylijska sztuka walki - capoeira.
Od sierpnia miałam okazję zasmakować, co to takiego i powiem szczerze, że bardzo mi się spodobało. Niestety bezpłatny sierpień się skończył, wrzesień za który zapłaciłam także już minął, a na październik nie starczy funduszy. Bo oczywiście taka przyjemność kosztuje, jak wszystko w dzisiejszym świecie.
A jeśli chodzi o pytanie, dlaczego zdecydowałam się na capoeirę. Cóż, przypadek. Koleżanka mnie "zaciągnęła" i tak jakoś samo poszło.
Wiem natomiast na pewno, że od dawna już chciałam spróbować tego owocu - sztuk walki. Nie interesowało mnie, co to będzie, liczyło się by było egzotyczne, absorbujące, wymagające i prawdziwe. I być może to, co teraz napiszę zabrzmi dziwnie, ale tego mi było trzeba - regularnego, męczącego treningu. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wiele dały mi zaledwie dwa miesiące treningu. A pomimo lejącego się strumieniami potu, zmęczenia i z początku bolących mięśni czułam zadowolenie i spełnienie. Poprawiło się moje ogólne samopoczucie i już nie umieram wchodząc po schodach na dziesiąte piętro, kiedy winda się zepsuje. Do tego muszę wspomnieć, że jest to naprawdę świetny sposób na wyładowanie złości, a ja dodam od siebie, że nareszcie zyskałam ogólną kontrolę nad własnym ciałem.
Tak! Już nie potykam się o własne nogi, kiedy tańczę sobie wieczorami w moim ciasnym pokoju! xD Kolejna rzecz jest pośrednim wynikiem uprawiania capoeiry przez ostatnie dwa miesiące. Poprawa nastroju i ogólnego samopoczucia zaowocowała częstszymi przypływami inspiracji. Napiszę tu o tym prawdopodobnie po raz pierwszy, bowiem nie przypominam sobie bym wspominała na blogu kiedykolwiek o moim skromnym, bezimiennym projekcie opowiadania, które może okazać się wielotomową powieścią fantastyczną. W każdym razie mój mały projekt także przechodzi "trzeci renesans", który potrwa jeszcze jakąś chwilę, a cała ta rewolucja zaczęła się jakoś pod koniec sierpnia. Ale dość o tym, nie chcę nic zdradzać, żeby nie zapeszać. Owszem, może przez ostatnie miesiące mnie tu nie było, chociaż nie wyjechałam na wakacje, ale moje życie brnie naprzód. Pomimo tego, że siedziałam w domu zdarzyło się sporo miłych chwil, wiele prywatnych, przyjemnych wspomnień, o których nie będę pisać. Jedynym zmartwieniem, które towarzyszyło mi przez ten cały czas były, są i będą pieniądze, a konkretnie ich brak w domowej kasie.
Wybaczcie mi. To miał być tylko skrót tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie, a tymczasem wyszedł post na ponad jedną stronę A4 w Wordzie. Chyba nigdy nie nauczę się pisać krótko i zwięźle. :|
Dlaczego mnie nie było?
Byłam nieobecna w blogosferze, bowiem chwilowo mnie zmęczyła, przechodziłam ponowne przesycenie tym światkiem i potrzebowałam przerwy od ciągłego siedzenia na blogach poszczególnych osób i swoim. Zaufajcie mi, każdy (albo przynajmniej spora większość) kto bloguje nieco dłużej w końcu dochodzi do tego, że ma dość blogowania i potrzebuje krótszej bądź dłuższej przerwy, nawet jeśli kocha pisać bloga z całego serca. W porządku, wiecie już czemu mnie nie było, ale czy to znaczy, że w moim życiu przez ubiegłe trzy miesiące nie wydarzyło się nic godnego uwagi?
Otóż nie. Pomimo mojego wcześniejszego przekonania (i prawdopodobnie przekonania każdej zdołowanej osoby) moje życie nie jest jednostajnie nudne. Owszem, zdarzają się dni bardziej monotonne, ale to nie znaczy, że nie wydarza się nic. Bowiem jest zupełnie odwrotnie. A nawet jeśli nie zdarza się coś wielkiego, niezapomnianego, to można zawsze zapamiętywać błahostki, dzięki którym każdy dzień jest unikalny, przyjemniejszy. W takim razie, co takiego zdarzyło się w moim życiu przez minione trzy miesiące?
Faktem jest, że nie wszystko potoczyło się tak, jak bym tego chciała, niektórych planów na wakacje wcale nie zrealizowałam, ale to były dobre miesiące.
Otóż, odnośnie konkretów.
Dostałam się na studia dzienne na wydział filologii klasycznej. Z początku nie byłam zachwycona tą wiadomością, gdyż nie jest to kierunek, który sobie wymarzyłam. Niestety na japonistykę w Krakowie nie stać mnie, na studia prywatne także, ale po pewnych przemyśleniach doszłam do wniosku, że jednak filologia klasyczna będzie czymś innym niż oklepany angielski (gdzie nawiasem mówiąc brakło mi 20 punktów), którego studiowanie i zagłębianie się w struktury gramatyczne mnie odpycha i nudzi zarazem.
Także od nadchodzącego poniedziałku będę już pełnoprawną studentką filologii klasycznej i przyznam, że podchodzę do tego całkiem optymistycznie (nawet bardziej niż do myśli, że mogłabym studiować kulturę i literaturę obszaru anglojęzycznego), choć jest lekki posmak żalu, że to nie japonistyka. Druga nowość, jaka zawitała w moim życiu w ostatnich miesiącach, to regularny sport, a dokładniej mówiąc brazylijska sztuka walki - capoeira.
Od sierpnia miałam okazję zasmakować, co to takiego i powiem szczerze, że bardzo mi się spodobało. Niestety bezpłatny sierpień się skończył, wrzesień za który zapłaciłam także już minął, a na październik nie starczy funduszy. Bo oczywiście taka przyjemność kosztuje, jak wszystko w dzisiejszym świecie.
A jeśli chodzi o pytanie, dlaczego zdecydowałam się na capoeirę. Cóż, przypadek. Koleżanka mnie "zaciągnęła" i tak jakoś samo poszło.
Wiem natomiast na pewno, że od dawna już chciałam spróbować tego owocu - sztuk walki. Nie interesowało mnie, co to będzie, liczyło się by było egzotyczne, absorbujące, wymagające i prawdziwe. I być może to, co teraz napiszę zabrzmi dziwnie, ale tego mi było trzeba - regularnego, męczącego treningu. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wiele dały mi zaledwie dwa miesiące treningu. A pomimo lejącego się strumieniami potu, zmęczenia i z początku bolących mięśni czułam zadowolenie i spełnienie. Poprawiło się moje ogólne samopoczucie i już nie umieram wchodząc po schodach na dziesiąte piętro, kiedy winda się zepsuje. Do tego muszę wspomnieć, że jest to naprawdę świetny sposób na wyładowanie złości, a ja dodam od siebie, że nareszcie zyskałam ogólną kontrolę nad własnym ciałem.
Tak! Już nie potykam się o własne nogi, kiedy tańczę sobie wieczorami w moim ciasnym pokoju! xD Kolejna rzecz jest pośrednim wynikiem uprawiania capoeiry przez ostatnie dwa miesiące. Poprawa nastroju i ogólnego samopoczucia zaowocowała częstszymi przypływami inspiracji. Napiszę tu o tym prawdopodobnie po raz pierwszy, bowiem nie przypominam sobie bym wspominała na blogu kiedykolwiek o moim skromnym, bezimiennym projekcie opowiadania, które może okazać się wielotomową powieścią fantastyczną. W każdym razie mój mały projekt także przechodzi "trzeci renesans", który potrwa jeszcze jakąś chwilę, a cała ta rewolucja zaczęła się jakoś pod koniec sierpnia. Ale dość o tym, nie chcę nic zdradzać, żeby nie zapeszać. Owszem, może przez ostatnie miesiące mnie tu nie było, chociaż nie wyjechałam na wakacje, ale moje życie brnie naprzód. Pomimo tego, że siedziałam w domu zdarzyło się sporo miłych chwil, wiele prywatnych, przyjemnych wspomnień, o których nie będę pisać. Jedynym zmartwieniem, które towarzyszyło mi przez ten cały czas były, są i będą pieniądze, a konkretnie ich brak w domowej kasie.
Wybaczcie mi. To miał być tylko skrót tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie, a tymczasem wyszedł post na ponad jedną stronę A4 w Wordzie. Chyba nigdy nie nauczę się pisać krótko i zwięźle. :|
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)