28 lutego 2011

Technicznie napastowana

        Dzisiejszy dzień muszę zaliczyć do udanych, pomimo lekkiego poirytowania, jakie mnie męczyło przez sporą jego część. Choć przyznam, że owa irytująca sytuacja "zainspirowała" mnie do napisania tej oto notki.
        Przypuszczam, że większość ludzi przynajmniej spotkała się w swoim życiu z takim pojęciem jak "przestrzeń osobista". Teoretycznie jest to jedno z pojęć psychologicznych, jednakże jest ono dość często spotykane. Zaś w życiu codziennym jest z nami obecne bez przerwy.
       Jeśli ktoś jeszcze nie wie, czym owa "przestrzeń osobista" jest, to powiem tylko krótko, iż jest to niewidzialna strefa wokół nas, wyczuwamy ją instynktownie, a określa ona naszą tolerancję względem odległości przebywania w otoczeniu innych osób. Jak ktoś naprawdę nie ma pojęcia o czym jest mowa, to niech sobie wyszuka, a wujek Google z chęcią pomoże.
       Dlaczego o tym piszę? Ponieważ ta irytująca sytuacja z dzisiaj bezapelacyjnie wiąże się ze strefą osobistą.
       Jak to w poniedziałki w nowym semestrze zaczynam zajęcia późno, bo o godzinie 15.00. Dlatego też spokojnie, nie śpiesząc się poszłam na autobus, który o godzinie drugiej po południu już nie jest tak bardzo wypakowany ludźmi, jak w godzinach rannych, a śmiem nawet twierdzić, że często jedzie prawie pusty. Dzisiaj było podobnie. W całym autobusie było może jakieś trzynaście osób, zaś miejsc siedzących trzydzieści dwa. Wszystko pięknie i uroczo, gdyby nie to, że akurat do mnie musiał dosiąść się nieciekawy współpasażer. Ja naprawdę rozumiem, że w autobusach jedzie się czasem w takim ścisku jak sardynki w puszce. Bez problemu pojmuję, iż w środkach komunikacji miejskiej nasza przestrzeń będzie naruszana wbrew naszej woli i nie możemy z tym wiele zrobić. Rozumiem też, że ten mężczyzna miał prawo usiąść, gdzie mu się rzewnie podobało, nawet jeśli ponad połowa miejsc była wolna! Pojmuję też, że ludzie mogą mieć większy lub mniejszy zasięg przestrzeni osobistej. Zdaję też sobie sprawę, że sama mam dość wąską sferę osobistą, bowiem zazwyczaj przysuwam się do rozmówcy, który, co rusz się odsuwa. Ale na litość Boską! Nie dość, że ów Pan się przysiadł, to nie był w pełni trzeźwy ani czysty, ani nawet przystojny. Potem zaczął zadawać jakieś pytania, dokąd ów autobus jedzie i inne, a wszystko średnio zrozumiałym głosem. Ja rozumiem, że można się nachylić żeby zapytać i usłyszeć odpowiedź w autobusie, ale... raczej nie robi się tego cały czas, tak, że rozmówca jest w stanie czuć... niezbyt świeży oddech. A jakby tego było mało przez większość drogi do sąsiedniego miasta (czyli jakieś dwadzieścia minut) gapił się na mnie jakbym miała poroże! 
       Tak, tak. Wiem, o co mogło mu chodzić, ale ja czułam się NAPASTOWANA! Już nawet planowałam, co mu powiem jeśli jeszcze raz się nade mną nachyli i zacznie coś bełkotać koło ucha. Na szczęście nim to nastąpiło, autobus dotarł na mój przystanek, a ów delikwent bez sprzeciwu wypuścił mnie z miejsca siedzącego pod oknem.
        Nie ma to jak wycieczki komunikacją miejską. Zawsze można oczekiwać nieoczekiwanego.

        A teraz pokrótce z innej beczki. Zmieniłam adres bloga. W końcu, zdecydowałam się. Już od dłuższego czasu mi to chodziło po głowie. Chciałam coś prostego, po polsku, acz bez polskich znaków, a zarazem coś, co wpadałoby w pamięć i miało w sobie nutę... czegoś xD
        I tak oto od dziś jestem już Szeptem Deszczu. I mam nadzieję, że nigdy więcej nie wpadnę na pomysł zmiany adresu... Jeny, ile z tym jest roboty, ale chyba wszystko działa (zerka badawczo na linki). Tak, chyba już wszystko działa.


To teraz mogę wrócić do zaliczania egzaminów...

3 lutego 2011

Kiedyś nie umiałam pisać. Teraz, też nie umiem.

       Na świecie jest wiele rzeczy i spraw, które sprawiają nam radość. Jest też sporo tego, co przyprawia nas o zawroty głowy. Ja głównie chciałabym się jednak skupić na jednej z czynności, która w zależności od upodobań osoby jest postrzegana pozytywnie, negatywnie, bądź bywa również odbierana jako zupełnie obojętna.
       Mówię tutaj o pisaniu, ale nie jako o czynności, którą zdarza się nam wykonywać nad wyraz często, spisując listę zakupów, wykonując drobne notatki czy rozwiązując krzyżówki.
       Chciałabym skupić tu uwagę na pisaniu - kiedy to siada się nad zeszytem, kartką papieru, notesem czy nawet przed komputerem, lokując swoje palce wygodnie na przyciskach klawiatury i tworzy się. I nawet nie chcę rozprawiać nad tym, co się tworzy, bowiem nie rozchodzi mi się o produkt procesu pisania, a może być on różnorodny: od refleksyjnych zapisków pamiętnikowych, przez poezję, a na książkach kończąc. Ten blog w dużej części także jest jednym z "produktów pisania". Chciałam jednak bardziej poruszyć sam tematpisania jako procesu twórczego.

       Mama kiedyś, po tym jak pokazałam jej swoje stare wiersze powiedziała mi, że każdy z nas w pewnym wieku je pisał. Nie wiem czy każdy, owszem, nie zaprzeczę, a i potwierdzę nawet, że z pewnością wielu z nas. Także ku ścisłości - z tym swoim pisaniem wierszy wcale wyjątkowa nie byłam i zdaję sobie z tego doskonale sprawę. Co prawda, było to jakiś czas temu i często (o ile nie zawsze) powstawało w wyniku nagromadzonych emocji i niezaprzeczalną prawdą jest, że moją "pseudo poezję" pisałam w okresie dojrzewania (emocjonalnego), a przynajmniej na to wskazują daty zamieszczone przy, co niektórych wierszach.
       O ile dobrze pamiętam pierwsze wiersze napisałam, kiedy miałam niewiele ponad czternaście lat, ostatni niedługo przed szesnastymi urodzinami. Teraz z perspektywy kilku lat widzę, jak bardzo dzieckiem ciągle wtedy byłam - nie mówię, że jestem teraz Bóg wie jak dorosła. Kilka dni temu jednak wpadłam na plik z owymi wierszami i zdziwiłam się, że, jako tak porywane emocjami dziecko, mogłam napisać tyle mądrych wierszy. Co więcej, pamiętam jak ich pisanie mnie uspokajało, bez względu na to czy byłam w euforii, czy pogrążona w smutku - pisanie pozwalało mi opanować i nieco lepiej zrozumieć siebie oraz świat, nawet jeśli teksty, które układałam były dość samolubne. Ponadto sprawiało mi to radość, co w tamtym okresie niestety było rzadko odczuwaną przeze mnie emocją.
       Poezja jednak, wraz z ukończeniem szesnastego roku życia, przestała odpowiadać moim "wewnętrznym potrzebom". Zapragnęłam wtedy pisać coś mniej osobistego, coś dla przeciętnego odbiorcy. Zaczęłam pisać opowiadania oparte na światach i realiach wymyślonych przez innych - cóż, był to trochę odtwórczy proces, choć dalej tworzyłam, ale tym razem już nie tylko dla siebie. Może chciałam, by mnie wtedy dostrzeżono, by chwalono i rozchwytywano, pytając kiedy powstanie kolejny rozdział... Może wtedy tego potrzebowałam. Pamiętam tylko, że uwielbiałam spędzać godziny przed monitorem starego laptopa z zacinającą się klawiaturą i wstukiwać kolejne litery, tworząc dalsze przygody poszczególnych postaci. Kochałam odrywać się od rzeczywistości i zapominać o problemach życia codziennego, zatapiając się bez pamięci we własnej fabule. Cieszyły mnie słowa pochwał i krytyki od czytelników... a potem zniknęłam. Zniknęłam z publicznej sfery jako "pisarka" i od tamtej pory pozostałam już tylko "autorką" niezliczonych blogów - "pamiętników".
       Prawdziwe pisanie pozostawiłam dla siebie, tworząc własny świat, własnych bohaterów i koleje ich losu, a wszystko trafia do teczki, choć ostatnio pisałam coraz mniej.
       Onet.pl przyglądał się temu wszystkiemu. Nigdy wcześniej, przed założeniem bloga, nie czułam "pociągu" do pisania. Jedynym wyjątkiem był (i jest) mój pamiętnik, który zaczęłam pisać po długim okresie "zabierania się za to" na początku 2005 roku jako trzynastoletnia smarkula.
       Jednakże nawet wtedy, nie przepadałam za pisaniem wypracowań, a jakakolwiek praca na "narzucony temat" irytowała mnie.
       Zresztą początkowe lata nauki wykazywały, że nie bardzo nadawałam się do pisania. Nie tylko nie sprawiało mi to radości, ale nawet przyprawiało moich rodziców o ból głowy. Do tej pory pamiętam, gdy jako mała dziewczynka, miałam wtedy może jakieś dziesięć albo jedenaście lat, siedziałam z załzawionymi oczyma z długopisem w ręce nad starym zeszytem, a wkoło kręciła się mama, trzymając się za głowę, tata zaś siedział po drugiej stronie stołu, opierając skroń o jedną z dłoni. Miałam napisać wtedy wyprawowanie na język polski, dochodziła pierwsza w nocy, a od kilku godzin nie potrafiłam sklecić jednego, porządnego zdania. Wyobraźnię miałam bujną (co mi zresztą zostało), ale wszystko do chwili, gdy musiałam coś spisać na papierze.
       Nie mam pojęcia, kiedy dokładnie to się zmieniło i jak nauczyłam się przelewać myśli na papier. Wiem, że nie było to dla mnie łatwe, a kiedyś nawet spotykało się z niechęcią.
Zabawne, jak czasem pewne rzeczy się zmieniają.

A Wy? Uważacie, że potraficie pisać? Sprawia Wam to radość? Dlaczego?