...inni podobno już nie.
Chwilę mnie tu nie było. Cóż, tak wyszło. Miałam trochę spraw na głowie, trochę problemów i masę kombinowania. Co prawda, codziennie miałam włączony komputer i byłam na gg, ale chyba nie do końca miałam ochotę tu zaglądać... Wińcie za to moją głowę i myśli, które mi podsuwa :P
Powiedziano mi, że mam życie, własne sprawy, problemy i przyjaciół, w przeciwieństwie do wielu. Choć kiedy się nad tym zastanawiam mogę śmiało stwierdzić, że nie jestem przypadkiem bardzo aktywnym socjalnie, ba!, nawet w dużym stopniu określiłabym siebie jako ograniczoną towarzystko do jakiegoś-tam grona ludzi, z którego pewien ułamek, to znajomości czysto "internetowe". Nie uczęszczam na imprezy, nie chodzę do dyskotek, wizyty w parku też zwykle ograniczają się do spacerów z psem i w ogóle lubię siedzieć w domu. Oczywiście w tej chwili odrobinę wyolbrzymiam przytaczane przykłady, także nie bierzcie ich całkiem dosłownie (cóż, lubię koloryzować). Może powinnam wspomnieć, że właściwie, to jestem uzależniona od komputera, choć nie sądzę, by był on całym moim życiem, jest tylko jednym z wielu jego elementów. To tak pokrótce, podsumowując - sporo siedzę w domu przed komputerem, rzadko wychodzę "na powietrze", mam małą grupę znajomych, kilka zainteresowań niemających związku z elektroniką, studiuję niestacjonarnie, nie pracuję i marnuję czas na swoje "cosie" - pisząc, projektując, wymyślając... Hm, to ja nie mam życia!? To kiedy miałabym to życie? Gdzie jest granica, ktoś wie?
I sprowadzamy się do określenia "nolife'a". Cóż to znaczy? Czymże to jest? Właściwie kim jest? Jak można "nie mieć życia"? Przecież każdy, kto żyje ma jakieś życie - jedni lepsze, drudzy gorsze. Tak, choć może tutaj trzeba byłoby sprawdzić definicję "życia", czego jednak teraz nie zrobię.
Chyba wszyscy, a przynajmniej większość wie, kim jest "nolife". Tylko czy kiedykolwiek ktoś zastanowił się nad słusznością tego określenia? Gdzie leży granica, w której osoba zaczyna bądź przestaje być "nolifem", może to zależy od punktu obserwacji? Jakie mamy prawo przypinania komuś takiej etykietki, kiedy zwykle tak niewiele wiemy o jej życiu, bo może nie mamy żadnego? Czy możemy sami określić się tym mianem, czy dopiero społeczeństwo przyznaje nam ten (nie)wdzięczny tytuł? A może, to po prostu zbiorcza wszystkich tych czynników?
Ja mam swoje małe, niemalże kocie życie. Własnych przyjaciół i "życie miłosne". Mniejsze i olbrzymie problemy, te zwyczajne też. Mam szkołę i czas wolny, który "marnuję", tworząc kolejne przygody nieistniejącym postaciom, rysując mapy nierzeczywistych krain, pisząc zdarzenia tak fantastyczne, że aż prawdopodobne i pomagając innym, i od czasu do czasu projektując jakiś layout. Jestem też uzależniona od komputera, z czego zdaję sobie sprawę, ale sama siebie nie nazwałabym nolifem. A opinia innych? Czasem boli, ale mogą mi podskoczyć - zawsze mam jakieś (kontr)argumenty.