24 października 2010

Teraz już z górki... czyli początki studenckie

       Czasem w życiu każdego przychodzi taka chwila, kiedy rozpoczynamy całkiem nowy etap. Gdy z mniejszą bądź większą niepewnością, wkraczamy w nieznany świat. Mój kolejny etap rozpoczął się równo o godzinie 12:00 czwartego października.
       Właściwie, to od dwóch tygodni zbieram się na napisanie nowej notki, tylko, że z moją słabą umiejętnością organizacji czasu jakoś nie najlepiej mi to wychodzi. Z każdym kolejnym dniem dochodzę do wniosku, że doba ma za mało godzin, by zrealizować wszystkie postawione sobie cele. Choć prawdopodobnie to odczucie powodowane jest właśnie moim nie do końca umiejętnym rozplanowaniem czasu... cóż, wspominałam już kiedyś, że nie lubię planować.
       Z drugiej jednak strony, nie chciałam pisać tego wszystkiego "na gorąco". Specjalnie wstrzymywałam się, by trochę ochłonąć, przemyśleć pewne sprawy, wydarzenia i już "na chłodno" opisać to, co ważniejsze.


       Może do rzeczy.
       Nie chcę pisać tutaj po kolei, co działo się przez minione trzy tygodnie, bo nie na tym pisanie bloga polega... przynajmniej nie do końca na tym. To, co chciałam tu napisać, to głównie moje spostrzeżenia i odczucia jako "świeżo" upieczonej studentki. No, może już nie tak świeżo, ale, to było tylko trzy tygodnie temu, prawda?


       Pierwszy poniedziałek października był dla mnie jednym z bardziej stresujących dni w roku 2010. Nawet przed maturą z języka obcego, pisemną i ustną, tak się nie stresowałam. Ba nawet matura z matematyki, która nie do końca poszła tak, jak powinna, nie była dla mnie tak stresująca.
       Właściwie, to idąc na uczelnię czułam się dziwnie. Niby wiedziałam, gdzie, co i jak, a z drugiej strony, nie wiedziałam nic. Byłam przerażona - praktycznie bez jakiegokolwiek konkretnego powodu. Miałam wrażenie jakby nagle tamto miejsce zaczęło mnie przytłaczać, przerażać.
Niby to miało być tylko szkolenie biblioteczne z uwzględnieniem podziału na grupy. Niby nic wielkiego. Ale zaraz, jaki podział na grupy?! Dlaczego nigdzie nic nie pisze?! W dziekanacie powiedziano tylko tyle, że podział jest "alfabetyczny" - super. To znaczy, że listę alfabetyczną podzielili na pół... Tylko jeszcze kwestia - na której literze państwo podzielili tę listę? A tego nie powiedziano nikomu.
       Kolejna rzecz... Na roku miało być pięćdziesiąt osób... No to ja, stojąc w kolejce do dziekanatu po odbiór indeksu i legitymacji, pytam się, gdzie są ci ludzie?! Owszem, kolejka może i była, ale to był kurde drugi rocznik! I dalej stałam tam przerażona, czując się jak jakiś ufoludek w tym tłumie ludzi.
       Czułam się jak pierwszoklasista, tylko w nieco starszym wydaniu. Właściwie, to choć wiedziałam prawie wszystko, co było mi potrzebne wiedzieć, to miałam wrażenie, że jestem jakaś zacofana, że nie ogarniam tego wszystkiego. 
       Kupa stresu, tona zdezorientowania i szczypta zagubienia, a wszystko doprawione pogodnym, nic nie zdradzającym uśmiechem.
       Wszystko minęło, kiedy w kolejce za mną zjawiły się dziewczyny z mojego roku i kierunku!
Byłam uratowana.


       Przyznam, że dzień zakończył się całkiem przyjemnie, pomimo nie do końca uroczego początku. Wracając do domu, byłam spokojna. Tak całkiem różna od tego jaka jechałam na uczelnię.
Na sercu gościł pogodny uśmiech.
Będę całkiem miło wspominała ten dzień.


       Zajęcia zaczynały się szóstego października, w środę o godzinie ósmej. Przyznam szczerze, że wstawanie o godzinie 6:00 i wyszykowanie się na autobus, by dojechać na uczelnie omijając korki, to dla mnie coś nowego. Do tej pory miałam całkiem wygodne życie. Przez ostatnie pięć lat do szkoły wychodziłam pięć minut przed rozpoczęciem się lekcji, a na dziesięciominutowych przerwach wracałam do domu, odnosząc niepotrzebne już książki.
Zaledwie przez jeden rok dochodziłam do szkoły trzydzieści minut na piechotę przez las. Tam nawet autobusem nie dawało się dojeżdżać, ale to było tak dawno temu, że mój zadek zdążył przywyknąć do wygody.
       W każdym razie, pierwsze zajęcia minęły całkiem... dobra, były nudne. Cała ta paplanina, że możemy się przepisać pomiędzy grupami, że na wykłady nie musimy chodzić, że nasza Pani Opiekun roku jest taka i owaka, że cały milion innych rzeczy, na szczęście nie trwały przewidziane dwie godziny. Pan Wykładowca był na tyle miły, że pierwsze porannezajęcia skończył po czterdziestu minutach, co zaowocowało w dwugodzinnej przerwie, którą w szkolnym języku nazwano by... okienkiem? Kolejne ćwiczenia, krótka prezentacja, co i jak, z czego korzystać, kto jest kim i... nie traćmy czasu, zacznijmy się uczyć! Przyznam, że jakoś mnie to nie zdziwiło. Bardziej zaskoczyły mnie skrócone zajęcia poprzedniego Pana Wykładowcy.
       Pierwsze trzy dni były całkiem luźne, że tak to określę. Z wolna zapoznawaliśmy się z wykładowcami, systemem, biurokracją uczelnianą i sobą nawzajem.
       Drugi tydzień nawet nie zaskoczył mnie tym, iż zaczęliśmy bardzo gonić z materiałem. Wydawało mi się to jakby normalne. Nawet zdziwiłam się nieco, kiedy kilku wykładowców specjalnie wskazywało, co należy zanotować, a co nie. Ponadto poczułam, że chyba nie tylko ja czuję się trochę zagubiona w tym świecie. Odniosłam dziwne wrażenie, że jako grupa, siedzimy w tym samym bagnie po uszy - razem. 
Była tylko jedna rzecz, która mnie zirytowała. Nagle okazało się, że książki, których "mamy prawo na początku nie posiadać i zakupić je do końca października, gdyż nie będziemy z nich, póki co korzystać" - jak stwierdziła jedna Pani Profesor, muszą być na ławce, gdyż z nich nagle korzystamy u tej samej Pani Profesor, która wspominała, że na razie nie będą nam potrzebne.
Nie miałam wyjścia jak zaopatrzyć się, choćby na początek w kserowane wersje książek, których to nagle brakło w księgarniach i hurtowniach, o antykwariatach już nie wspominając.


       Właśnie minął "trzeci" tydzień moich studiów i muszę przyznać, że choć jestem zmęczona porannym wstawaniem i podróżami autobusem, to jakoś nie czuję się przytłoczona całym tym systemem. Wiele rzeczy staje się przejrzyste. 
       Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że będzie... gorzej. W obecnej chwili, pomimo tego natłoku materiału i strasznego "gonienia", cała ta nauka przypomina mi lekcje z moją nauczycielką języka polskiego z liceum. Chyba powinnam być wdzięczna, że przygotowano mnie w liceum do trybu nauki na studiach. Dużo treści, brak konkretu do notatki, a sprawdziany są, z czego być muszą... ucz się sam! Zaoszczędziło mi to sporego "przeskoku" i chyba stresu też.


       Zaczynamy się powoli "zżywać" w grupie. 
Moja grupa "B" jest nieduża, lista liczy 26 nazwisk. W chwili obecnej regularnie na zajęcia uczęszcza z niej 16 osób. Równoległa jest większa o prawie 15 osób. Przyznam, że lubię moją grupę, panuje w niej taka... rodzinna atmosfera, pomimo że prawie się nie znamy. Fakt, iż jest nas mało przyjmuję całkiem pogodnie. Lubię małe grupy ludzi, wtedy wszyscy są jakby "bliżej". 


       Pierwsze tygodnie nie przeraziły mnie ani nie zniechęciły. Szczerze powiedziawszy to chyba jestem zadowolona, pomijając takie "zmory" jak system obsługi studenta - USOS i przeklęte logowanie na zajęcia wychowania fizycznego. Na samą myśl o tym bolą mnie nogi od biegania po mieście z jednej jednostki uniwersyteckiej do drugiej w poszukiwaniu osób, które łaskawie dologują mnie do wybranej przeze mnie grupy za zgodą wykładowcy. 
       Ech... biurokracja. A wszystko przez to, że nie miałam jak zalogować się na czas. Ale już wszystko załatwione i mój "wuef" obywa się w takich godzinach, które nie kolidują z planem zajęć, no, a do tego jestem na tej dyscyplinie, na której chciałam być ^^.
       Dobra, to chyba byłoby na tyle w tej notce. Nie będę nic więcej dopisywać, bo wyjdzie mi z tego mini książeczka. A w poniedziałek mam kolokwium z greki, więc warto byłoby położyć się już spać.


       Na koniec tylko takie pytanie do Was. Czy kiedykolwiek, a jeśli tak, to kiedy czuliście się tak, jakbyście byli gdzieś, gdzie nie powinno Was być? Czy mieliście ostatnio w jakiejś sytuacji wrażenie, jakbyście byli w złym miejscu o złej godzinie? Jakbyście nie należeli do tej rzeczywistości, która Was wtedy otaczała? Pewnie znowu nieco namieszałam ^^"
       W każdym razie, jeśli zrozumieliście, któreś z powyższych pytań, to piszcie w komentarzach o Waszych małych "przygodach". Chciałabym poznać też Wasze historie.


Ufoludka z filologii klasycznej



16 komentarzy:

  1. O Matko! Cieszmy sie i radujmy, że do studiów zostało mi jeszcze parę lat. Jak widzę - nie jest jednak tak bardzo masakrycznie. Współczuję początkowych przygód, ale jak widac - przeżyłaś, czego serdecznie gratuluję. Cóż... miłego życia i powodzenia na studiach! [po-jedynek]

    [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-24 12:58]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te kilka lat minie szybciej niż myślisz ;)
      Miałam dokładnie takie samo podejście jeszcze całkiem niedawno i proszę. Już trzy tygodnie jestem pełnoprawną studentką ;P
      I z tego, co sama doświadczam, to jeśli nie jest się nastawionym na anty-studiowanie to może być naprawdę dobrze. Nie można się tylko dać "zabić" pierwszemu jakże często mylnemu wrażeniu.

      [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-24 23:21]

      Usuń
  2. Bardzo się cieszę, że zaklimatyzowałaś się już w ,,nowej szkole". Co do wczesnego wstawania, bardzo fajnie miałaś kiedyś, ja odkąd chodzę do szkoły musiałam wstawać w okolicach godziny 6,10, a teraz muszę wstawać ok. 5,35, to straszne wycieńczając. Na szczęście jest tak tylko w trzech dniach tygodnia.
    Powodzenia na kolokwium:) Pewnie zaliczysz wszystko na same piątki! Jestem tego prawie pewna:p
    Co do Twojego pytania, taaak, bardzo często zdarza mi się, że czuję, że nie powinno mnie w tym miejscu być w tej chwili. Jak na złość teraz do głowy nie chce mi przyjść żaden przykład. Przepraszam:/
    Co do Capoeira, to na prawdę musi być bardzo ciekawe. Niestety w moich okolicach nikt pewnie o tym nie słyszał, ja także.
    Pozdrawiam:)

    [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-24 14:31]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie tak do końca zaaklimatyzowałam się na uczelni, ale już mnie ona nie przeraża, a na zajęcia chodzę z uśmiechem.
      Taa... miałam sielankę :D Taki raj, dla wygodnickich. A liceum, które miało być słabe okazało się być... bardzo wymagające. Życie jest pełne paradoksów. W sumie to naprawdę myślałam, że gorzej będę znosiła to poranne wstawanie.
      Dzięki, że we mnie wierzysz ^^ Też mam nadzieję, że nie zawalę pierwszego kolokwium na roku.
      Capoeira... cóż, ja wcześniej o niej słyszałam, jako, że interesowały mnie wszelkie sztuki walki, choć przyznam, że nie miałam pojęcia, iż w moim mieście jest nawet kilka grup capoeiry, o czym dowiedziałam się od znajomej, która właśnie też trenuje już od dłuższego czasu.
      Życie nas zaskakuje na każdym kroku ^^

      Pozdrawiam

      [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-24 23:27]

      Usuń
  3. Karolina. ;D12.06.2012, 16:20

    U nas te gorsze szkoły są naprawdę na gorszym poziomie. Jednak to nie znaczy, że nie kształcą w ogóle. Przyznam szczerze, że nie myślałam o tym, że wybierając się na studia głównie humanistyczne będę musiała zdawać rozszerzony język. Ogólnie mówiąc to raczej zostanę przy moim pierwszym wyborze, jeszcze z ubiegłego roku szkolnego i pójdę do klasy humanistyczno-psychologicznej z tym angielskim. [totalnie--zwariowana]

    [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-24 15:42]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie z kolei okazało się, że te najlepsze licea to banda totalnych debili i kujonów, a trzecia na liście szkoła jest zbiorowiskiem wszelakich, najgorszych środowisk w mieście i narkotyki, balangi, alkohol i papierosy są tam na porządku dziennym. Z kolei inna szkoła także z czołówki... z relacji moich rówieśników i osób o rok starszych jest... tylko miejscem, gdzie marnuje się 40 minut na każdej lekcji, bo nauczyciel podaje tylko temat, który należy w całości opracowywać samemu, a przez resztę lekcji popija kawę, bądź herbatę.
      Kompletny paradoks.

      A wiesz, że chyba zazdroszczę Ci tego profilu klasy! I jeszcze rozszerzony angielski! Dla mnie marzenie. Aż żałuję, że nie urodziłam się cztery lata później.

      Pozdrawiam

      [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-24 23:32]

      Usuń
  4. Karolina. ;D12.06.2012, 16:21

    Zaaklimatyzowanie się w nowej szkole czy tak jak w Twoim przypadku - uczelni, jest bardzo ważne. Dlatego fajnie, że Tobie się to udało. No i z tego co piszesz życie studenta nie jest takie straszne - przynajmniej na razie. ;) [totalnie--zwariowana]

    [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-24 15:43]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, przynajmniej na razie ^^
      Zobaczymy, co powiem w przyszłym tygodniu, kiedy otrzymam wyniki z kolokwiów, które czekają mnie w tym tygodniu.

      [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-24 23:34]

      Usuń
    2. Karolina. ;D12.06.2012, 16:22

      Na pewno nie będzie tak źle. ;) [totalnie--zwariowana]

      [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-25 14:27]

      Usuń
    3. Właściwie to miałaś rację.
      Nie było tak strasznie... Może nawet czwórka będzie ^^

      [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-25 16:40]

      Usuń
    4. Karolina. ;D12.06.2012, 16:24

      Mówiłam, że będzie dobrze. ;) [totalnie--zwariowana]

      [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-31 18:25]

      Usuń
  5. wazne, ze juz jest lepiej.
    moja grupa nie bardzo chce sie "zżyć" spotkanie integracyjne okazało się malutką klapą.. eh

    [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-25 15:46]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie jakoś nie było integracji grupowej, a mimo to świetnie się dogadujemy.
      Nie wiem, czy brakuje nam umiejętności organizacyjnych, czy może obawiamy się, że wyjdzie wielka figa z tej "integracji", a może to zwyczajnie spowodowane tym, że jak na razie grupa z każdym dniem staje się mniejsza i czekamy na moment, kiedy zostaną ci najbardziej wytrwali. Ci, którzy będą mieli szansę dobrnąć do pierwszej sesji, a może nawet ją zdać.
      Bowiem szczerze wątpię, by brak spotkania integracyjnego spowodowany był natłokiem materiału do opanowania bądź brakiem czasu (choć w moim przypadku to mogłaby to jeszcze być skleroza :P).

      [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-25 16:39]

      Usuń
    2. ludzie maja rozne problemy i wymowki, aby tylko nie przyjsc na spotkanie ;p no coz... jak kto woli;)
      tylko wiesz... u Was jest ta roznica, ze Wy nawet sie nie staraliscie takiego czegos zorganizowac. a my mielismy checi;p dosc duże ;p
      ale... zawsze tak jest. nawet sie tego spodziewalam;)

      [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-25 16:43]

      Usuń
  6. Obawiam się, że jednak nie masz wygórowanych oczekiwań i nie mam pojęcia gdzie i jak znaleźc godnego uwagi chłopaka. Ja na razie nie poszukuje. A co do tego o którym pisałam na blogu to nie ma szans, nawet mu nic nie powiem, bo go zwyczajnie nie znam:p Głupie nastoletnie ,,miłości", tylko nie nazwałabym tego w moim przypadku miłością, na szczęście:p
    Wierze, że kiedyś znajdziesz mądrego, przystojnego i wymarzonego Faceta:)
    invisibile28

    [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-10-25 18:45]

    OdpowiedzUsuń
  7. Super, chętnie z Tobą porozmawiam, lubię z Tobą rozmawiac, ale nie moge wbic Twojego numeru, wyskakuje, że nie ma osob spełniających moje kryterium:/ może Ty spróbuj 5355028
    invisible28

    [Oryginalna data publikacji komentarza: 2010-11-08 19:45]

    OdpowiedzUsuń