I znów tu jestem.
Czy na pewno?
Jestem chyba chronicznym przypadkiem beznadziejności. Od kilku lat robię to samo. A właściwie, to robię od kiedy skończyłam 14 lat.
Wszystko było nowe. Nowa szkoła, nowe miejsce zamieszkania, nowi znajomi, nowa ja, nowy blog... I chyba utknęłam gdzieś w tym błędnym kole. Ciągle chciałam wszystko zmieniać. Zmieniać siebie. Na siłę stać się kimś lepszym. Niestety, zamiast zyskać na tym tylko pogrążałam się. Z każdym kolejnym postanowieniem zmiany zapadałam się bardziej. Niszczyłam się. No i mam.
Jestem teraz w trzeciej klasie liceum. Z moją obecną sytuacją, przyszłość nie wygląda zbyt kolorowo. Nie będę czarować, że w obecnej chwili, gdybym ciągnęła dalej to, jak się zachowywałam jeszcze kilka tygodni temu, gdybym ciągle robiła to, co robiłam dotychczas czyli praktycznie nic poza zamykaniem się przed światem, to nie czekałoby mnie nic innego poza oblaną maturą i powtórką roku. Nie ukrywam, że jeśli jakoś znów wpadnę w to błędne koło, to czeka mnie taki los. Ale byłam kiedyś optymistką, a przynajmniej tak mi się zdawało. Więc jeszcze nie wszystko stracone, prawda?
Nie. Nie odpowiadaj... Nie tego oczekuję. Nie chcę też słów litości. Ani nawet żadnych słów pocieszenia. Ja tylko ciągle muszę mieć przed sobą obraz katastrofy, jaka mnie czeka jeśli nie wyrwę się z obłędu w jaki popadłam. I wcale nie chcę się zmieniać. Ani zrywać z przeszłością, choć tak często to kiedyś powtarzałam. I nie chcę już uciekać przed odpowiedzialnością za własne poczynania ani chować głowy w piasek. Nie chcę zniknąć...
Ja chcę tylko móc znów spojrzeć przez różowe okulary na świat, choćby jeszcze kilka razy zachwycić się błahostką i uśmiechnąć się szczerze. Chcę znów żyć z radością w sercu, bez wyrzutów sumienia. Cieszyć się dniem i nocą, a nie rozpamiętywać kolejny stracony dzień. Przecież mam tyle rzeczy do zrobienia. Całe życie przede mną.
I tak, zastanawiając się, ciągle nie wiem, dlaczego tu wróciłam.
Wróciłam.
Ale czy na pewno?
A może znów zniknę po tym wpisie i nigdy już nic nie opublikuję na tym blogu.
Aż nasuwa mi się myśl: "Czy to ma sens?"
I jak się tak zastanowię, to przychodzi mi jedna odpowiedź:
"Bez względu na to czy zniknę, czy zostanę, wiem, że kiedyś kochałam blogować, że sprawiało mi to radość. Dlatego zawsze wracałam. Jak wierny pies do swego właściciela. No i do tego jest jeszcze jeden aspekt. Nawet jeśli nikt tego nie czyta ja muszę, czuję potrzebę wygadania się, wylania na papier do opinii publicznej, personalnej swoich problemów. Wiem, że nie jest to do końca najlepszy sposób oczyszczenia się z problemów, ale to dzięki temu czuję się lepiej. Jakby odświeżona."
Wszystko było nowe. Nowa szkoła, nowe miejsce zamieszkania, nowi znajomi, nowa ja, nowy blog... I chyba utknęłam gdzieś w tym błędnym kole. Ciągle chciałam wszystko zmieniać. Zmieniać siebie. Na siłę stać się kimś lepszym. Niestety, zamiast zyskać na tym tylko pogrążałam się. Z każdym kolejnym postanowieniem zmiany zapadałam się bardziej. Niszczyłam się. No i mam.
Jestem teraz w trzeciej klasie liceum. Z moją obecną sytuacją, przyszłość nie wygląda zbyt kolorowo. Nie będę czarować, że w obecnej chwili, gdybym ciągnęła dalej to, jak się zachowywałam jeszcze kilka tygodni temu, gdybym ciągle robiła to, co robiłam dotychczas czyli praktycznie nic poza zamykaniem się przed światem, to nie czekałoby mnie nic innego poza oblaną maturą i powtórką roku. Nie ukrywam, że jeśli jakoś znów wpadnę w to błędne koło, to czeka mnie taki los. Ale byłam kiedyś optymistką, a przynajmniej tak mi się zdawało. Więc jeszcze nie wszystko stracone, prawda?
Nie. Nie odpowiadaj... Nie tego oczekuję. Nie chcę też słów litości. Ani nawet żadnych słów pocieszenia. Ja tylko ciągle muszę mieć przed sobą obraz katastrofy, jaka mnie czeka jeśli nie wyrwę się z obłędu w jaki popadłam. I wcale nie chcę się zmieniać. Ani zrywać z przeszłością, choć tak często to kiedyś powtarzałam. I nie chcę już uciekać przed odpowiedzialnością za własne poczynania ani chować głowy w piasek. Nie chcę zniknąć...
Ja chcę tylko móc znów spojrzeć przez różowe okulary na świat, choćby jeszcze kilka razy zachwycić się błahostką i uśmiechnąć się szczerze. Chcę znów żyć z radością w sercu, bez wyrzutów sumienia. Cieszyć się dniem i nocą, a nie rozpamiętywać kolejny stracony dzień. Przecież mam tyle rzeczy do zrobienia. Całe życie przede mną.
I tak, zastanawiając się, ciągle nie wiem, dlaczego tu wróciłam.
Wróciłam.
Ale czy na pewno?
A może znów zniknę po tym wpisie i nigdy już nic nie opublikuję na tym blogu.
Aż nasuwa mi się myśl: "Czy to ma sens?"
I jak się tak zastanowię, to przychodzi mi jedna odpowiedź:
"Bez względu na to czy zniknę, czy zostanę, wiem, że kiedyś kochałam blogować, że sprawiało mi to radość. Dlatego zawsze wracałam. Jak wierny pies do swego właściciela. No i do tego jest jeszcze jeden aspekt. Nawet jeśli nikt tego nie czyta ja muszę, czuję potrzebę wygadania się, wylania na papier do opinii publicznej, personalnej swoich problemów. Wiem, że nie jest to do końca najlepszy sposób oczyszczenia się z problemów, ale to dzięki temu czuję się lepiej. Jakby odświeżona."
Mały chaos, nie wiadomo czego się spodziewać.
Cóż, tutaj zawsze tak będzie, bo to chaos moich myśli
I tak, będę tu pisać o sobie, bo jestem egoistką.
Jestem egoistką z lekkim zainteresowaniem najbliższymi.
Cóż, tutaj zawsze tak będzie, bo to chaos moich myśli
I tak, będę tu pisać o sobie, bo jestem egoistką.
Jestem egoistką z lekkim zainteresowaniem najbliższymi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz