28 marca 2012

Blue Screen na dzień dobry

Czyli o tym, jak bardzo sprzęty elektroniczne mnie nie lubią...
A mój laptop wcale nie jest kobietą.


       Miało być już dwa dni temu, ale Onet doprowadził mnie do furii. Miało być o czymś innym, ale temat wydał mi się nieodpowiedni w tej chwili. Miało być poważnie, ale najwyraźniej dzisiaj mój komputer robi sobie żarty... dlatego będzie... nijak.

       Jestem sobie raczej przeciętnym użytkownikiem komputera ze starym systemem operacyjnym Windows XP Professional Edition z dodatkiem Service Pack 3. Nawet jeśli wliczyć te wszystkie "dziwne" operacje systemowe, które potrafiłabym wykonać, gdybym musiała, to ciągle jestem sobie przeciętnym informatykiem. Nie wiem wszystkiego, ale nie biegnę po pomoc z każdym komunikatem błędu jaki wyświetli mi się na monitorze. Hm, swoją drogą chyba będę musiała zrobić reinstalację systemu, ale wracając do "tematu". Nie posiadam mega obszernej wiedzy w zakresie sprzętu elektronicznego (z ukierunkowaniem na komputery), ale potrafię poradzić sobie z wieloma problemami jakie wymyśla mój laptop. Owszem, czasem rozkładam ręce i zgodnie z prawdą stwierdzam "nie wiem", ale takie sytuacje zdarzają się nie częściej niż raz na kilka miesięcy. Przy czym zwykle kieruję się do siostry albo - jeśli już naprawdę nie mam wyjścia - do Ojca (choć na samą myśl o takiej konieczności mam dreszcze). 
       Nie żebym nie wierzyła w kompetencje Informatyków po szkole. Choć pewnie coś w tym jest, biorąc pod uwagę, że mój bliski Kolega, sąsiad - humanista, który "robi sobie" policealnego informatyka-grafika, sam opowiadał mi, jak to jego Wykładowca na pierwszych zajęciach z programowania dał im do wypełnienia testy, po czym, po ich sprawdzeniu, ów Pan Wykładowca oświadczył mojemu Koledze, że zdałby egzamin zawodowy! Popatrzyłam na Kolegę z miną "what the fuck?!", a w odpowiedzi na nieme pytanie usłyszałam, że czuł się tak samo, kiedy odbierał sprawdzony test. No hej! Przecież On poszedł się dopiero nauczyć, a jego wiedza w tamtej chwili pewnie niewiele różniła się od mojej, także zaczynam się zastanawiać nad faktycznymi kompetencjami Informatyków po szkole... Heh... nasunęła mi się teraz "śmieszna" aluzja do studiów...
       Ale, wracając do blue screena - w większości przypadków sobie radzę, ale mimo to i tak dochodzę do wniosku, że wszelakie sprzęty elektroniczne robią mi na złość. A dzisiaj przypadła kolejka na mojego laptopa. W ciągu 5 minut trzy razy wyświetlił "awarię systemu", resetując się automatycznie zaraz po wyświetleniu komunikatu... Już nawet się nie denerwuję. Zrobię ogólny przegląd systemowy i pewnie będę zachodzić w głowę, dlaczego problem tym razem pojawił się tylko po otwarciu strony internetowej mojej uczelni...
       Ciekawe tylko, co będzie następne - moja eMPe trójka?

       Wiosną zawiało, zazieleniło się, a ja w końcu przełamałam strach przed zrobieniem szablonu z autentycznym zdjęciem w roli motywu. Ostatnio czuję się tak... pozytywnie, szkoda tylko, że od poniedziałku pogoda średnio dopisuje i mroźny wiatr psuje przyjemność ze spacerów.

19 marca 2012

Moja czapka

       Prawie cały miniony tydzień przespałam pod ciepłą kołdrą bądź kocem, naćpana Polopiryną S. We wtorek olśniło mnie, że to jednak nie jest zwykłe przeziębienie... Nie zwykłe, bo konkretne - zatoki nosowo-czołowe. Miałam z tym problemy jakieś ładne trzynaście lat temu i bach!, przypomniało o sobie.
       Właściwie to niewiele pamiętam z objawów przeziębienia zatok z okresu kiedy miałam te siedem czy osiem lat. Kojarzę jedynie, że sporo jeździłam po lekarzach, bardzo często miałam zatkane uszy i bolały mnie okolice skroni, nosiłam czapkę oraz jak to jeździłam na "naświetlania" lampami. (Mama mówi, że to były soluksy - sprawdziłam, faktycznie jest coś takiego jak "lampa soluks", ma zastosowanie w kosmetyce i medycynie i w sumie wygląda jak te zabawne lampy, które odwiedzałam raz albo dwa razy w tygodniu.)
       Niestety, przy problemach z zatokami - oraz w celu zapobiegania ich nawrotom - dobrze stosować pewne środki, utrzymać ciepło. To zdanie jakoś dziwnie brzmi... 
       W każdym razie chodzi o to, by nie chodzić z "gołą głową", bo to przez nią z organizmu ucieka najwięcej ciepła. Jak wiadomo, w tym celu wykorzystuje się czapkę. Obecnie to nie jest wielki problem. Czapek jest całe mnóstwo, a i nawet są one modne, choć ciągle, noszenie takiej w dni pozornie ciepłe może wydawać się dziwactwem, zupełnie jak w ubiegły weekend, kiedy u mnie w mieście temperatura sięgnęła ponad dwudziestu dwóch kresek.
       Doskonale pamiętam jak dzieci śmiały się ze mnie, kiedy wiosną ciągle chodziłam w czapce. Właściwie to śmiały się nawet zimą i jesienią. Nie wiem, co tak niezwykłego mogło być w fakcie, iż chodziłam sobie w wełnianej czapeczce. Dla mnie było to dość oczywiste - byłam grzeczną dziewczynką, a Mama dobrze mi wyjaśniła dlaczego muszę chodzić z nakrytą głową, a mnie w zupełności wystarczyło tłumaczenie Rodzicielki. Nie powiem, że mnie nie kusiło żeby zrzucić czapę i jak wszyscy chodzić z gołą głowiną. Często nawet było mi przykro, że ja nie mogę tak jak inni, bez czapki. Z czasem jednak przywykłam do tego wszystkiego. Przyzwyczaiłam się do dziwnych spojrzeń i polubiłam swoją czapkę. W gimnazjum już nawet nie pamiętam czy ktokolwiek się z tego śmiał, wiem, że padały pytania, dlaczego nosisz czapkę?, ale ucinałam to krótkim wyjaśnieniem i robiłam swoje... zawsze. A potem czapki stały się modne, jak na ironię...
       Mam moją małą kolekcję ciepłych nakryć głowy. Nie powiem, bo czasem zdarza mi się, że chodzę bez czapki, ale jakoś tak mi zostało, że zwykle w chłodniejsze dni uwzględniam ją w swoim ubiorze.

       Weekend zszedł mi szybko, ale byłam padnięta. Zajęcia od rana do wieczora to jednak męcząca sprawa, z drugiej strony jednak wolę zaoczne od dziennych ;P 
       Czuję się już znacznie lepiej, choć ciągle boli mnie głowa, no i muszę chodzić w czapce, nie żeby mi to robiło jakąś wielką różnicę ;P A dzisiaj inhalacja i śmigamy, cały tydzień przed nami :)

12 marca 2012

My i tak cię dopadniemy!

Podpisano:
Wirusy i Bakterie

       Od soboty ciągnę na polopirynie. Do tego zjazd na uczelni, trochę deszczu, duchota w salach wykładowych, wiatr i przeziębiłam się... I nawet moja kochana czapka mnie tym razem nie uchroniła. A było tak pięknie... Nie chorowałam już od... jakiegoś roku, może trochę dłużej.
       Nie wiem czy mam gorączkę, ale czuję się jakby świat miał się rozdwoić. Już dawno nie czułam się tak fatalnie, żeby nie mieć siły na siedzenie przed komputerem, a jednak. Wczoraj zerwałam się z połowy zajęć, a kiedy wróciłam do domu od razu władowałam się pod koc i zwinęłam w kłębek. Spałam prawie cały dzień. Komputer włączyłam dopiero w nocy, kiedy już nie mogłam dłużej spać, a i tak po jakichś trzech godzinach ponownie władowałam się do łóżka, choć tym razem już pod pierzynę.
       Boli mnie gardło, głowa, a nawet ręce i nogi... Mam zatkane uszy i prawdopodobnie przeziębiłam zatoki. I pomyśleć, że w gimnazjum, ba!, nawet w liceum uwielbiałam być chora... 


8 marca 2012

To ósmego jest jakieś święto?

Czyli, jak umknęło mi, co obchodzimy ósmego marca.

       Wstałam sobie dzisiaj normalnie, rano. Jak to ja, zwlekałam się z łóżka ponad dziesięć minut, rozglądając się przy okazji po pokoju. Tak sobie patrzę i... o!, czekolada na biurku. No, okej. Czekolada jak czekolada, ta była mleczna i markowa. I zaczynam zachodzić w głowę, co ona tutaj robi?
       Ani to moje urodziny, do imienin jeszcze prawie dwa tygodnie. Żadne istotne wydarzenie nie przychodziło mi do głowy. Ani nikt nie był mi nic winny (no może z wyjątkiem przyjaciółki, która wisi mi dwa piwa), ani nie przypominam sobie, żeby ktoś musiał mnie przepraszać, więc... zignorowałam ją i schowałam do lodówki. Wyjaśni się potem...
       I tak sobie minęło troszkę czasu, aż Siostra wróciła ze szkoły, a Mama z urzędu. One dopiero uzmysłowiły mi, że to Ojciec zostawił czekoladę u mnie w pokoju...
       "No, okej, ale po co...?" - zapytałam (czyżby znowu chciał się przymilić starszej córce?), a One dopiero wtedy dały mi jasno do zrozumienia, że chyba zerwałam się z jakiegoś krzaka, bo dzisiaj jest Dzień Kobiet.
       Próbowałam nie dać po sobie poznać zażenowania, jakie mnie ogarnęło. Na śmierć, zapomniałam! Ostatnio w ogóle nie nadążam za lokalnymi dniami świątecznymi. A czekolada, cóż, miło z Jego strony, choć i tak pewnie sam ją zje :P

       Póki jeszcze czas, chciałabym więc złożyć życzenia Wszystkim Kobietom - i tym małym i dużym. I niech Wasi Panowie Was rozpieszczają :)


6 marca 2012

Pieszczotliwie nazwana "zołzą"

       Jeszcze tylko krótko się wyżalę do ściany, że nie było mnie tu tak długo, iż praktycznie urwały się moje wszelakie kontakty z innymi blogowiczami i teraz nie pozostaje mi nic innego, jak poszukać nowego grona ciekawych internautów, a to równa się kilku (jak nie kilkunastu) godzinom spędzonym w blogowym światku. Pięknie...

       Okej, herbata gotowa, ja wygodnie usadowiona, więc chyba mogę przejść do tematu. Chciałam dzisiaj "napomknąć" o moim sposobie wyrażania się o innych, do czego podkusiła mnie ostatnia rozmowa z jedną z moich przyjaciółek (bo mam ich aż dwie - Wredotykochaną Siostrę, którą też zaliczam do tego zacnego grona). To, co napiszę, właściwie odnosi się do wszystkich osób, do których czuję choćby cień sympatii i głównie będzie o tym jak to ja genialnie wyrażam swoje uczucia do innych... Albo raczej jak nie potrafię ich wyrażać słowami...
       Już po samym wstępie widać jak uroczo o Nich mówię. Ale żeby było jasne - kocham te dziewczyny ponad wszystko i, choć mamy swoje lepsze oraz gorsze dni, to za nic nie oddałabym tego, co nas łączy, mimo że czasem zastanawia mnie jakim cudem zostałyśmy przyjaciółkami.
       Ale do rzeczy, chciałam napisać o moim specyficznym wyrażaniu się i zwracaniu do osób, które są mi w jakimś sensie bliskie. Często "wyzywam" ludzi od: idiotów, durniów, baranów, głupoli, paskud, marud, zrzęd, jędz, zołz (i lista ta mogłaby się ciągnąć jeszcze dłuższą chwilę), choć wiem, że nie powinnam. Mówię tak, zdając sobie sprawę, że mogę zostać odebrana jako wulgarna, agresywna, niewychowana, nietaktowna i Anielka wie jak jeszcze, a mimo to, nie potrafię przestać tego robić. 
       Zastanawiam się, skąd to się bierze - pierwsza myśl, z domu, no bo skąd indziej? Ale nie... w domu raczej takie wyzwiska padają okazjonalnie w trakcie kłótni. No i nadużywane przeze mnie - bowiem potrafię nawet do Ojca zwracać się per Idiota czy Dureń.
       No to idziem dalej - szkoła? Hm, może... Tam niejednokrotnie podczas przerw wyzwiska przelewały się korytarzami niczym chleb powszedni... Ale nie, w szkole byłam zwykle grzeczną, uczynną, miłą i zawsze uśmiechniętą, choć odrobinę wolniejszą od wszystkich uczennicą (wolniejszą w sensie wykonywania czynności, czasu potrzebnego do zastanowienia się itd.). Także dochodzę do wniosku, że nie mogłam tego wynieść ze szkoły podstawowej...
       Może więc gimnazjum? Prawdopodobieństwo jest już odrobinę wyższe, ale... jak mnie pamięć nie myli tam już byłam "dwoistą" uczennicą - dla nauczycieli kochany, uczynny cukiereczek, dla kumpli - nieco wulgarna, chwilami opryskliwa i w cholerę głośna krowa (ja nawet o sobie tak "dziwnie" mówię). To musiało się stać gdzieś w międzyczasie... 
       I wtedy przypominam sobie, że moje "pociągi" w stronę wulgarności mogą mieć inne, nieosadzone w żadnym konkretnym przedziale czasowym źródło. Kiedy miałam nie więcej niż dziesięć lat, komputery nie były jeszcze "popularną zabawką" dla dzieci, ba!, one właściwie dopiero wpełzały na polski rynek. Czas spędzało się na podwórku, wśród blokowej hołoty - niejednokrotnie różnica wieku pomiędzy najstarszymi a najmłodszymi członkami bandy wynosiła ponad dziesięć lat. Dzieci jak to dzieci, graliśmy, bawiliśmy, wygłupialiśmy się. Rozmawialiśmy... O, tak. Dużo się wtedy gadało i specyficzne przyzwyczajenia językowe zmieniały właścicieli... I tak było przez długie lata. Tak, to z pewnością jedno z moich źródeł, gdzie wyrazy idiota czy głupek w większym stopniu straciły swoje obraźliwe zabarwienie, bo wszyscy tak się przezywaliśmy... Na tych "nielubianych" były gorsze słowa.
       No i uzyskuję świadomość swojej własnej agresywności... może nawet przeświadczenia o swojej wyższości nad innymi, co objawia się właśnie w języku. Zawsze ogarniała mnie jakaś dziwna fascynacja przemocą... na różnych płaszczyznach. 
       Agresywne zachowanie idealnie współgra z niestosownym językiem, a wulgaryzmy używane ciągle i bez pomysłu tracą swoje znaczenie. To zupełnie jak sytuacja, którą obserwujemy w dzisiejszym języku z nadużywanym słowem "kurwa", gdzie ludzie stosują to słowo jako przecinek w wypowiedziach.
       Tak, tak... To wszystko idealnie składa się w zgraną całość - przynajmniej w mojej głowie - i już teraz widzę, że dla przeciętnego obserwatora, tudzież słuchacza jestem zwyczajnie wulgarną, niewychowaną, starą "smarkulą", która przekroczyła dwudziestkę.

       Prawda jest jednak nieco inna. Pomijając sferę odbierania moich wypowiedzi przez innych, zajmijmy się przez chwilę ich znaczeniem w mojej głowie. 
       Przyznaję, iż nadużywam pewnych słów o pierwotnie negatywnym zabarwieniu, przypisując je poszczególnym osobom, które lubię (bądź nawet kocham) jako zamienniki dla ich imion, pseudonimów czy nazwisk. I stosuję tych słów zwykle jako humorystyczne przezwiska, a czasem nadaję im też czułego, troskliwego znaczenia - co może brzmieć nierealnie - i zupełnie nie mam na myśli obrażenia osoby, do której wypowiadam taką frazę. To nie tak, że zapomniałam o ich negatywnym znaczeniu - choć przyznam, że pewnie kiedyś był taki okres, kiedy już nie pamiętałam, że idiota może być wyzwiskiem - bo jak najbardziej wiem jaki wydźwięk mają te wyrazy w, powiedzmy, "neutralnym" znaczeniu.

       Oczywiście, można jeszcze zapytać czy to taki straszny problem, przecież wystarczy się kontrolować, tak? No, może i wystarczy... Albo inaczej, owszem, w większości sytuacji wystarczy i wiele daje, bowiem nazywanie nieznajomego Baranem bądź Wariatem z pewnością nie jest ani uprzejme, ani dobre w skutkach, ale... Jestem osobą, która dość często kieruje się emocjami i mówi zanim pomyśli, więc niejednokrotnie "palnę" takiego Idiotę nim się nawet zorientuję, że to zrobiłam.

       A dzisiaj nazwałam Siostrę paskudą, zaś mojego Psa wyzwałam od brudnych, czarnych, kudłatych, śmierdzących, kochanych kundli...