Okej, herbata gotowa, ja wygodnie usadowiona, więc chyba mogę przejść do tematu. Chciałam dzisiaj "napomknąć" o moim sposobie wyrażania się o innych, do czego podkusiła mnie ostatnia rozmowa z jedną z moich przyjaciółek (bo mam ich aż dwie - Wredotyi kochaną Siostrę, którą też zaliczam do tego zacnego grona). To, co napiszę, właściwie odnosi się do wszystkich osób, do których czuję choćby cień sympatii i głównie będzie o tym jak to ja genialnie wyrażam swoje uczucia do innych... Albo raczej jak nie potrafię ich wyrażać słowami...
Już po samym wstępie widać jak uroczo o Nich mówię. Ale żeby było jasne - kocham te dziewczyny ponad wszystko i, choć mamy swoje lepsze oraz gorsze dni, to za nic nie oddałabym tego, co nas łączy, mimo że czasem zastanawia mnie jakim cudem zostałyśmy przyjaciółkami.
Ale do rzeczy, chciałam napisać o moim specyficznym wyrażaniu się i zwracaniu do osób, które są mi w jakimś sensie bliskie. Często "wyzywam" ludzi od: idiotów, durniów, baranów, głupoli, paskud, marud, zrzęd, jędz, zołz (i lista ta mogłaby się ciągnąć jeszcze dłuższą chwilę), choć wiem, że nie powinnam. Mówię tak, zdając sobie sprawę, że mogę zostać odebrana jako wulgarna, agresywna, niewychowana, nietaktowna i Anielka wie jak jeszcze, a mimo to, nie potrafię przestać tego robić.
Zastanawiam się, skąd to się bierze - pierwsza myśl, z domu, no bo skąd indziej? Ale nie... w domu raczej takie wyzwiska padają okazjonalnie w trakcie kłótni. No i nadużywane przeze mnie - bowiem potrafię nawet do Ojca zwracać się per Idiota czy Dureń.
No to idziem dalej - szkoła? Hm, może... Tam niejednokrotnie podczas przerw wyzwiska przelewały się korytarzami niczym chleb powszedni... Ale nie, w szkole byłam zwykle grzeczną, uczynną, miłą i zawsze uśmiechniętą, choć odrobinę wolniejszą od wszystkich uczennicą (wolniejszą w sensie wykonywania czynności, czasu potrzebnego do zastanowienia się itd.). Także dochodzę do wniosku, że nie mogłam tego wynieść ze szkoły podstawowej...
Może więc gimnazjum? Prawdopodobieństwo jest już odrobinę wyższe, ale... jak mnie pamięć nie myli tam już byłam "dwoistą" uczennicą - dla nauczycieli kochany, uczynny cukiereczek, dla kumpli - nieco wulgarna, chwilami opryskliwa i w cholerę głośna krowa (ja nawet o sobie tak "dziwnie" mówię). To musiało się stać gdzieś w międzyczasie...
I wtedy przypominam sobie, że moje "pociągi" w stronę wulgarności mogą mieć inne, nieosadzone w żadnym konkretnym przedziale czasowym źródło. Kiedy miałam nie więcej niż dziesięć lat, komputery nie były jeszcze "popularną zabawką" dla dzieci, ba!, one właściwie dopiero wpełzały na polski rynek. Czas spędzało się na podwórku, wśród blokowej hołoty - niejednokrotnie różnica wieku pomiędzy najstarszymi a najmłodszymi członkami bandy wynosiła ponad dziesięć lat. Dzieci jak to dzieci, graliśmy, bawiliśmy, wygłupialiśmy się. Rozmawialiśmy... O, tak. Dużo się wtedy gadało i specyficzne przyzwyczajenia językowe zmieniały właścicieli... I tak było przez długie lata. Tak, to z pewnością jedno z moich źródeł, gdzie wyrazy idiota czy głupek w większym stopniu straciły swoje obraźliwe zabarwienie, bo wszyscy tak się przezywaliśmy... Na tych "nielubianych" były gorsze słowa.
No i uzyskuję świadomość swojej własnej agresywności... może nawet przeświadczenia o swojej wyższości nad innymi, co objawia się właśnie w języku. Zawsze ogarniała mnie jakaś dziwna fascynacja przemocą... na różnych płaszczyznach.
Agresywne zachowanie idealnie współgra z niestosownym językiem, a wulgaryzmy używane ciągle i bez pomysłu tracą swoje znaczenie. To zupełnie jak sytuacja, którą obserwujemy w dzisiejszym języku z nadużywanym słowem "kurwa", gdzie ludzie stosują to słowo jako przecinek w wypowiedziach.
Tak, tak... To wszystko idealnie składa się w zgraną całość - przynajmniej w mojej głowie - i już teraz widzę, że dla przeciętnego obserwatora, tudzież słuchacza jestem zwyczajnie wulgarną, niewychowaną, starą "smarkulą", która przekroczyła dwudziestkę.
Prawda jest jednak nieco inna. Pomijając sferę odbierania moich wypowiedzi przez innych, zajmijmy się przez chwilę ich znaczeniem w mojej głowie.
Przyznaję, iż nadużywam pewnych słów o pierwotnie negatywnym zabarwieniu, przypisując je poszczególnym osobom, które lubię (bądź nawet kocham) jako zamienniki dla ich imion, pseudonimów czy nazwisk. I stosuję tych słów zwykle jako humorystyczne przezwiska, a czasem nadaję im też czułego, troskliwego znaczenia - co może brzmieć nierealnie - i zupełnie nie mam na myśli obrażenia osoby, do której wypowiadam taką frazę. To nie tak, że zapomniałam o ich negatywnym znaczeniu - choć przyznam, że pewnie kiedyś był taki okres, kiedy już nie pamiętałam, że idiota może być wyzwiskiem - bo jak najbardziej wiem jaki wydźwięk mają te wyrazy w, powiedzmy, "neutralnym" znaczeniu.
Oczywiście, można jeszcze zapytać czy to taki straszny problem, przecież wystarczy się kontrolować, tak? No, może i wystarczy... Albo inaczej, owszem, w większości sytuacji wystarczy i wiele daje, bowiem nazywanie nieznajomego Baranem bądź Wariatem z pewnością nie jest ani uprzejme, ani dobre w skutkach, ale... Jestem osobą, która dość często kieruje się emocjami i mówi zanim pomyśli, więc niejednokrotnie "palnę" takiego Idiotę nim się nawet zorientuję, że to zrobiłam.
A dzisiaj nazwałam Siostrę paskudą, zaś mojego Psa wyzwałam od brudnych, czarnych, kudłatych, śmierdzących, kochanych kundli...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz