28 czerwca 2012

"Zepsuta" dobra dziewczynka


Nie jestem wzorową studentką. Robię "beznadziejne" notatki. Nie uczę się systematycznie, opuszczam zajęcia - czasem nawet te ważniejsze. Sporo odkładam na ostatnią chwilę, to akurat z racji prokrastynacji i lenistwa. Nie podpowiadam na kolokwiach. Zawsze mówię, że nic nie umiem (bo zwykle się nie uczę, a to, że zaliczam na 4 to inna rzecz). Nieoficjalnie resztę grupy traktuję jak piąte koło u wozu, chociaż dość często wykorzystuję poszczególne osoby w różnych celach. Oficjalnie uśmiecham się grzecznie, pożyczam materiały (ale nie notatki, bo te są dla innych bez sensu) do kserowania, "udzielam informacji" i służę niczym "podręczny niezbędnik" - ciągle noszę ze sobą nożyczki, klej, taśmę klejącą, dodatkowe ołówki i długopisy oraz zapalniczkę (chusteczki też powinnam wymienić?) - dla pozoru koleżeństwa... A tak naprawdę, to jestem pieprzonym diabełkiem, który z anielskim uśmiechem i spojrzeniem niewinnego kociaka życzy wszystkim zgnicia w piekielnych czeluściach, a jeśli nadarzy się okazja, to ten aniołek wbije komuś nóż w plecy albo wydrapie oczy pomalowanymi na czerwono pazurkami. Jestem dwulicowa i wymądrzam się na każdym kroku. I dobrze na tym wychodzę.


Brzmi paskudnie - ale prawda zwykle jest paskudna niczym niegojąca się rana. Prawda jest uciążliwa - przynajmniej w wielu przypadkach tak jest.


Ale prawda nie zawsze była taka... parszywa. 


Kiedyś byłam pilna, szczerze miła, uczynna, pomocna, moje notatki były jednym z najdokładniejszych i najporządniejszych źródeł informacji w klasie. Z każdego sprawdzianu dostawałam piątkę, a przy okazji pozwalałam od siebie ściągać, podpowiadałam, pomagałam. Kiedy trzeba było tłumaczyłam, pożyczałam zeszyty i ze szczerym uśmiechem życzyłam powodzenia na następnym sprawdzianie. Nawet - o zgrozo - odrabiałam prace domowe dla innych. Tak było. A potem, jak było po wszystkim i nikt już nie potrzebował do niczego milutkiej Klaudusii, zostałam sama. Chciałam być lubiana, a zostałam darmowym ośrodkiem wspomagania naukowego. Wycyckana z każdej strony, a potem odrzucona w kąt jak stara zabawka.


I nie życzę nikomu takich doświadczeń.


Chociaż muszę się do czegoś przyznać... Czasami tęsknię za tą młodziutką i naiwną dziewczynką, którą byłam. Cóż, może naiwna dalej jestem - przynajmniej w niektórych sprawach - ale już nie mogę o sobie powiedzieć "ośrodek pomocy uczelnianej", bo nawet gdybym chciała, to już to tak nie funkcjonuje. Teraz jestem jedną z tych, które wykorzystują osoby takie jaką ja byłam kiedyś. I nauczyłam się tego od koleżanek. A pomocny "niezbędnik", to tylko gra pozorów - inni muszą myśleć, że też coś z tego mają, wtedy ja nie mam wyrzutów sumienia (a, tak, to jedyne czego nie potrafię do końca zmienić, zagłuszyć). 


Słodko - to naprawdę urocze, co życie z nami robi, jak rzeczywistość zmienia nasze podejście... 


Nie umiem jeszcze tylko manipulować innymi - albo wydaje mi się, że tego nie potrafię. Poza tym, jestem wredna, agresywna i z fałszywie słodkim uśmiechem wpierdalam się tam, gdzie mnie nie chcą i jestem z siebie zadowolona.

22 czerwca 2012

Kawa mnie zabije


Woda już się gotuje, zaraz czajnik oznajmi, że zaczęła wrzeć. Wyciągam swój ulubiony kubek z logo uniwersytetu, o którym nawet nie miałam co marzyć ze względu na koszty rekrutacji, a potem ewentualnego studiowania w innym mieście - ale, to było, minęło, żyję dalej, teraz mam odrobinę inne cele.
Sięgam po słoik z kawą rozpuszczalną, tak, ja piję to badziewie z Biedronki. Jeszcze chwila i czajnik zacznie śpiewać.
Jedna łyżeczka kawy, trzy cukru (do herbaty dwie), trzy czwarte kubka zalać wodą, dopełnić mlekiem, zamieszać i napój gotowy do natychmiastowego wypicia.
Zabiłam ducha kawy, kolejnym kubkiem zabielonego czegoś z kofeiną. I tylko Mama kręci głową z dezaprobatą, widząc jak zalewam sobie piąty z kolei kubek kawy, a kiedy przechodzę obok niej, słyszę "serce ci wysiądzie".
Może. A może nie. Jeśli kawa mnie nie zabije, to zrobi to cukrzyca, o której jeszcze nic oficjalnie nie wiem albo jakieś inne cholerstwo - przecież, ile to już lekarze u mnie wysnuli podejrzeń - tarczyca, astma, prawdopodobieństwo czerniaka w każdym większym pieprzyku, a to zaledwie wierzchołek góry lodowej...
Ale pomyślę o tym jutro, a za dwadzieścia lat będę przeklinać swoje niedbalstwo.
Teraz, jeśli pozwolicie, zajmę się moimi jutrzejszymi zaliczeniami.

15 czerwca 2012

Odnowa biologiczna starego kaloryfera i potyczka z HTMLem

Moja Mama stwierdziła, że czas najwyższy dokończyć remont - przynajmniej na tyle, na ile się da, a nie na ile się chce. Bo od siedmiu lat nikomu - ze wskazaniem na mojego Ojca - się go dokańczać nie chciało. 
Nie ma sprawy, myślę sobie, w końcu ja malować zawsze lubiłam, a przenoszenie mebli, zapach farby czy kleju, pył, kurz i ogólny bałagan mi nie straszne, zaś mieszkaniu przyda się małe odświeżenie. Nie lubię tylko hałasu jaki towarzyszy wierceniu, szlifowaniu, przycinaniu i tym podobnym - ale hałas można wytłumić, zagłuszyć parą słuchawek na uszach.
I tak od trzech dni w całym mieszkaniu unosi się intensywny zapach farby. Nie, to nie śmierdzi - przynajmniej nie dla mnie. Ja lubię ten zapach świeżo malowanych powierzchni. I tak wczoraj przyszła kolej na drobne odświeżenie starego kaloryfera w moim pokoju - jako że na nowy nas nie stać, a żeberka (niegdyś białe) zaszły rdzawym odcieniem, stanęło na odmalowaniu.
Ja uradowana, że będę mogła sobie pomazać pędzlem, Mama ucieszona, bo ktoś ją wyręczy, a Ojciec - On udawał "inżyniera" i sypał wskazówkami jak malować, które nie wniosły nic nowego do mojej wiedzy o malowaniu, no ale Inżynier musiał nadzorować.
No okej, przyznaję, że farba była nie tylko na kaloryferze i rurkach. Po malowaniu miałam posrebrzane paznokcie, palce, dłonie... nawet gdzieś dotknęłam się łokciem, ale strat materialnych innych niż ubrudzone w farbie, stare spodnie dresowe nie odnotowano.
Teraz w pokoju mam siwo-srebrny kaloryfer starego typu (oraz rury w tym samym kolorze biegnące od i do niego przez połowę ściany). Wygląda całkiem dobrze. Efekt jest może nietypowy, jak na żeński pokój, ale z pewnością kontrast pomiędzy (nijaką) białą ścianą i siwo-srebrnym kaloryferem jest interesujący. Muszę przyznać, jest inaczej, ale dobrze i podoba mi się.

Przeniosłam już wszystko, co mogłam przenieść ze starego bloga. Myślałam jak powinno to wszystko wyglądać tutaj i tak bez pomysłu przeglądałam różne opcje. Zajrzałam nawet w kod HTML szablonu, zmieniając drobne opcje, nie żebym go w całości rozumiała...
Kurcze, to takie... niefajne uczucie. Z blogiem Onetu mogłam zrobić co tylko przyszło mi do głowy. Nawet jeśli moje szablony zwykle były klasyczne, bez komplikacji wiedziałam jak ustawić wszystko do kupy, znałam prawie wszystkie sztuczki kryjące się za niestandardowymi layoutami stron... Ale w zderzeniu z HTMLem jestem prawie bezradna... Wiem, mogłabym wybrać jeden z proponowanych szablonów w kreatorze i dopasować te opcje, na które pozwala mi Kreator Szablonów Bloggera, a do reszty (której bez ingerencji w kod HTML zmienić nie mogę) przywyknąć. Albo mogłabym poszukać gotowego szablonu w sieci. Mogłabym. Ale nie chcę. Nigdy nie korzystałam z gotowych szablonów. Nie lubię tego, to zupełnie jakbym miała okraść kogoś z jego pracy. Albo nosić cudzą bieliznę... Nie.
To jest... dziwne, głupie, żenujące, irytujące. Ale inaczej nie potrafię.
Dlatego będę musiała poszukać jakiegoś kursu HTMLa dla opornie leniwych internautów. No chyba, że ktoś jest skrytym geniuszem HTMLa i udzieli kilku darmowych wskazówek... lekcji. 
Nie? No, ja też tak myślałam, ale gdyby ktoś spotkał się z jakimś sensownym poradnikiem HTMLa, to chętnie go sprawdzę :)

13 czerwca 2012

Zapychacz numer... a nie, numer jest nieistotny

Sentymentalizm jest strasznie męczącą przypadłością. A przynajmniej ta odmiana, której ja doświadczam. Przywiązywać się do niematerialnych rzeczy, które można stracić w mgnieniu oka...

Cóż, mówię teraz o moim przywiązaniu do treści jakie to skumulowały się na moim blogu przez te wszystkie lata jego "prowadzenia" - zarówno moich postów jak i komentarzy pod nimi. Każde słowo ma dla mnie magiczne znaczenie. Coś, co tak naprawdę zawsze tylko ja będę rozumiała czytając tamte wypowiedzi i opinie pod nimi.

Dlaczego o tym mówię? Bo postanowiłam, że skoro mam się przenieść, to nie chcę tak po prostu zostawić tamtego miejsca - znaczy zostawię je, a ono zarośnie chwastami niczym zaniedbany ogród - ale nie chcę rozpoczynać tutaj kompletnie od zera. Chcę mieć tu swoją historię, opinie, które cenię, nawet jeśli się z nimi nie zgadzam. Chcę by to wszystko było TUTAJ ze mną. Dlatego postanowiłam przenieść wszystkie wpisy i zamieszczone pod nimi komentarze, by chociaż skrawek przeszłości mieć ze sobą - ot tak, na wszelki wypadek, gdyby jakimś dziwnym trafem tamten kawałek sieci przestał nagle istnieć.

Teraz trochę ponarzekam jakie to czasochłonne i chwilami nużące... Że aż się płakać chce. Taki marny los sentymentalisty.
Nie żebym tego nie przewidziała... ale po przeniesieniu połowy komentarzy mam dość. Chcę zniknąć, a to dopiero początek "męki" z nowym kątem w sieci.
Prawdopodobnie powinnam teraz siedzieć i czytać notatki z językoznastwa, żeby zaliczyć zbliżający się egzamin, ale nie! Ja muszę się "katować" sentymentami do rąbanego bloga!
Moje podejście do sprawy nieraz mnie dołuje... przeraża... dziwi. Sama już nie wiem... Chcę żeby ten blog był idealny, ale nim to nastąpi... 
Ech, jestem niewdzięczną małpą, która lubi narzekać, a potem przyzna, że zrobi to po swojemu, pomimo ciągłych narzekań na wybraną metodę działania.

Ciągle nie wiem jak ma wyglądać ten blog :/

11 czerwca 2012

Zupełnie nowy-stary kąt

Właśnie dopiłam trzeci kubek kawy i zamierzam zaraz zrobić sobie kolejny, gdyby Mama o tym wiedziała, pewnie pokręciłaby głową z dezaprobatą. Może jeszcze rozważę kwestię czwartego kubka, kto wie, co może mi przyjść do głowy, kiedy skończę pisać.

W końcu, po długim czasie namysłu, rozważaniach niemających końca i bitwie "za i przeciw" mającej miejsce w mojej głowie, stwierdziłam, że przeniosę się na Blogspota. Przyznam, że przeważył jeden mały szczegół, o którym nie chcę tu wspominać, przynajmniej na razie.

Nie jest tak, że jestem pewna tego kroku. Mam pełno obaw, sporo dziwnych argumentów, a batalia w mojej głowie trwa nadal. I z ciężkim sercem odsuwam się od Blog.Onet.pl

Poważnie, mam z tamtym portalem sporo wspomnień. Może nie wszystkie pozytywne, ale cała moja historia blogowa miała miejsce właśnie tam. Nazwijcie mnie sentymentalną idiotką, ale dziwnie się czuję zmieniając otoczenie. Tamten portal... był obserwatorem tylu dramatycznych jak i radosnych chwil w moim życiu, był elementem mojego życia, światkiem mojego dorastania, zmian jakie we mnie zachodziły. To... coś w rodzaju związku - dziwnego, niewytłumaczalnego przywiązania - i czuję się jakbym właśnie zdradziła. Ale czuję się też zdradzona po tym co przeczytałam, po wnioskach, które wysunęłam... Tak, zdradzona - to dobre określenie tego, co czuje bloggerka, która rozwijała się prowadząc blog i była świadkiem rozwoju - od raczkowania do dorosłości - portalu, na którym blogowała, a który to zdecydował się pozbyć swojego wiernego bloggera.

Może panikuję, ale nie chcę się obudzić któregoś dnia i zobaczyć komunikat "przepraszamy, ale w wyniku awarii utraciliśmy całą bazę danych portalu blogowego", jestem zbyt mocno przywiązana do tego skrawka sieci, w którym publikowałam swoje czarne żale, nawet jeśli przez kilka lat była tego zaledwie maleńka garstka.

I tak teraz jestem tutaj, próbuję się odnaleźć pomiędzy tymi wszystkimi opcjami, które nie zawsze odpowiadają mojemu gustowi (ale nie mówię, że nic mi się tu nie podoba, jest bowiem kilka opcji, które przyprawiają mnie o uśmiech) i staram się nie kląć na los, że to wszystko jest takie... czasochłonne. Tak, bo jestem sentymentalną perfekcjonistką i nim stwierdzę, że wszystko jest choćby "okej", sporo wody upłynie. Archiwum już przeniosłam, myślę czy nie zrobić tego samego z komentarzami - nie patrzcie tak na mnie. Do tego szablon, kilka podstron, opisów i innych drobiazgów, a wtedy może uznam, że zadomowiłam się tutaj...

A, skoro o wodzie mowa, to idę zaparzyć sobie herbatę...

6 maja 2012

Wyjść i zająć się swoim życiem...

...czy zaszyć się w ciemnym kącie,
rozpaczając nad własną nieudolnością?
Tylko co zrobić, kiedy żadna z wymienionych opcji nie zadowala nas?


       Organizowanie spraw jakiegokolwiek typu nigdy nie było moją mocną stroną, ale chyba najczęściej oblewałam test z planowania życia. W pewnym sensie mogłabym stwierdzić, że zawodzę na wszelkich sprawdzianach z bycia... tylko czy to może być w pełni prawdą? Skoro ciągle tu jestem, oddycham, mam się nawet dobrze, studiuję i, choć miewam gorsze dni, muszę przyznać, że czuję się szczęśliwa, to jednak nie idzie mi tak źle z tą egzystencją szarej jednostki - a przynajmniej tak powiedział jeden z moich znajomych. 
       Cóż, pomijając już to, co powiedziały mi pewne osoby, muszę stanowczo podkreślić, że nie mam zamiaru siadać w kącie i zacząć rozpaczać nad moją nieudolnością w organizowaniu spraw wszelakiego typu, w tym również tych dotyczących życia. Znaczy czasem mi się zdarzy, ale to są wyjątkowe sytuacje...
       Niestety żadnym wyjątkiem w moim wypadku nie jest stan, który dopada mnie regularnie w pewnych odstępach czasowych...
       Bez względu na to, jak dobrze bądź źle idzie mi w życiu i jak świetnie lub fatalnie się czuję, zdarza mi się, kilka razy w roku, że mam wszystkiego dość.
       Być może niektórzy znają ten stan rzeczy - wszystko wychodzi nam bokiem, mamy życia po kokardy (tudzież dziurki w nosie - jak kto woli) i nawet płakać się nie chce, śmiać się nie mamy ochoty i tak przychodzi egzystować niczym roślinka - z pustką w głowie zaspokajamy tylko najbardziej prymitywne potrzeby, bo dziwnym trafem wszelkie inne, bardziej wygórowane wymagania schodzą na dalszy, zupełnie nieistotny plan. Mechanicznie wykonujemy większość czynności. Czasem skupiamy się na szczegółach, żeby nie myśleć, a jak już usiądziemy na moment bez zajęcia, to... dopada nas potok filozoficznych bzdur kwestionujących byt człowieka i jego sens istnienia we wszechświecie. Popadamy w melancholię... Potrzeba życia czy śmierci - to w tym czasie nieistotne, takie trywialne...
       Sama nie wiem czy to stan przeddepresyjny, przypadłość ludzi-myślicieli (a może wszystkich ludzi inteligentnych, w ogóle?), czy może ja mam oba te nastroje jednocześnie... A może chodzi o coś jeszcze innego, coś czego nie pojmuję?

       Wybaczcie mi, kochani. Ale dopadła mnie wiosenna melancholia i musiałam odciąć się od wszystkiego - dosłownie. Ciągle jeszcze mnie trzyma, tak odrobinę, ale powoli wracam do życia - i tam, i tu.

       Widzę, że Onet ciągle ma problemy z blogami... Niby "awaria" usunięta, a strony cały czas ładują się jak same chcą. No nic, zobaczymy co to nam maj przyniesie.


11 kwietnia 2012

Niektórzy mają swoje życie...

...inni podobno już nie.

       Chwilę mnie tu nie było. Cóż, tak wyszło. Miałam trochę spraw na głowie, trochę problemów i masę kombinowania. Co prawda, codziennie miałam włączony komputer i byłam na gg, ale chyba nie do końca miałam ochotę tu zaglądać... Wińcie za to moją głowę i myśli, które mi podsuwa :P

       Powiedziano mi, że mam życie, własne sprawy, problemy i przyjaciół, w przeciwieństwie do wielu. Choć kiedy się nad tym zastanawiam mogę śmiało stwierdzić, że nie jestem przypadkiem bardzo aktywnym socjalnie, ba!, nawet w dużym stopniu określiłabym siebie jako ograniczoną towarzystko do jakiegoś-tam grona ludzi, z którego pewien ułamek, to znajomości czysto "internetowe". Nie uczęszczam na imprezy, nie chodzę do dyskotek, wizyty w parku też zwykle ograniczają się do spacerów z psem i w ogóle lubię siedzieć w domu. Oczywiście w tej chwili odrobinę wyolbrzymiam przytaczane przykłady, także nie bierzcie ich całkiem dosłownie (cóż, lubię koloryzować). Może powinnam wspomnieć, że właściwie, to jestem uzależniona od komputera, choć nie sądzę, by był on całym moim życiem, jest tylko jednym z wielu jego elementów. To tak pokrótce, podsumowując - sporo siedzę w domu przed komputerem, rzadko wychodzę "na powietrze", mam małą grupę znajomych, kilka zainteresowań niemających związku z elektroniką, studiuję niestacjonarnie, nie pracuję i marnuję czas na swoje "cosie" - pisząc, projektując, wymyślając... Hm, to ja nie mam życia!? To kiedy miałabym to życie? Gdzie jest granica, ktoś wie?
       I sprowadzamy się do określenia "nolife'a". Cóż to znaczy? Czymże to jest? Właściwie kim jest? Jak można "nie mieć życia"? Przecież każdy, kto żyje ma jakieś życie - jedni lepsze, drudzy gorsze. Tak, choć może tutaj trzeba byłoby sprawdzić definicję "życia", czego jednak teraz nie zrobię.
       Chyba wszyscy, a przynajmniej większość wie, kim jest "nolife". Tylko czy kiedykolwiek ktoś zastanowił się nad słusznością tego określenia? Gdzie leży granica, w której osoba zaczyna bądź przestaje być "nolifem", może to zależy od punktu obserwacji? Jakie mamy prawo przypinania komuś takiej etykietki, kiedy zwykle tak niewiele wiemy o jej życiu, bo może nie mamy żadnego? Czy możemy sami określić się tym mianem, czy dopiero społeczeństwo przyznaje nam ten (nie)wdzięczny tytuł? A może, to po prostu zbiorcza wszystkich tych czynników?
       Ja mam swoje małe, niemalże kocie życie. Własnych przyjaciół i "życie miłosne". Mniejsze i olbrzymie problemy, te zwyczajne też. Mam szkołę i czas wolny, który "marnuję", tworząc kolejne przygody nieistniejącym postaciom, rysując mapy nierzeczywistych krain, pisząc zdarzenia tak fantastyczne, że aż prawdopodobne i pomagając innym, i od czasu do czasu projektując jakiś layout. Jestem też uzależniona od komputera, z czego zdaję sobie sprawę, ale sama siebie nie nazwałabym nolifem. A opinia innych? Czasem boli, ale mogą mi podskoczyć - zawsze mam jakieś (kontr)argumenty.


28 marca 2012

Blue Screen na dzień dobry

Czyli o tym, jak bardzo sprzęty elektroniczne mnie nie lubią...
A mój laptop wcale nie jest kobietą.


       Miało być już dwa dni temu, ale Onet doprowadził mnie do furii. Miało być o czymś innym, ale temat wydał mi się nieodpowiedni w tej chwili. Miało być poważnie, ale najwyraźniej dzisiaj mój komputer robi sobie żarty... dlatego będzie... nijak.

       Jestem sobie raczej przeciętnym użytkownikiem komputera ze starym systemem operacyjnym Windows XP Professional Edition z dodatkiem Service Pack 3. Nawet jeśli wliczyć te wszystkie "dziwne" operacje systemowe, które potrafiłabym wykonać, gdybym musiała, to ciągle jestem sobie przeciętnym informatykiem. Nie wiem wszystkiego, ale nie biegnę po pomoc z każdym komunikatem błędu jaki wyświetli mi się na monitorze. Hm, swoją drogą chyba będę musiała zrobić reinstalację systemu, ale wracając do "tematu". Nie posiadam mega obszernej wiedzy w zakresie sprzętu elektronicznego (z ukierunkowaniem na komputery), ale potrafię poradzić sobie z wieloma problemami jakie wymyśla mój laptop. Owszem, czasem rozkładam ręce i zgodnie z prawdą stwierdzam "nie wiem", ale takie sytuacje zdarzają się nie częściej niż raz na kilka miesięcy. Przy czym zwykle kieruję się do siostry albo - jeśli już naprawdę nie mam wyjścia - do Ojca (choć na samą myśl o takiej konieczności mam dreszcze). 
       Nie żebym nie wierzyła w kompetencje Informatyków po szkole. Choć pewnie coś w tym jest, biorąc pod uwagę, że mój bliski Kolega, sąsiad - humanista, który "robi sobie" policealnego informatyka-grafika, sam opowiadał mi, jak to jego Wykładowca na pierwszych zajęciach z programowania dał im do wypełnienia testy, po czym, po ich sprawdzeniu, ów Pan Wykładowca oświadczył mojemu Koledze, że zdałby egzamin zawodowy! Popatrzyłam na Kolegę z miną "what the fuck?!", a w odpowiedzi na nieme pytanie usłyszałam, że czuł się tak samo, kiedy odbierał sprawdzony test. No hej! Przecież On poszedł się dopiero nauczyć, a jego wiedza w tamtej chwili pewnie niewiele różniła się od mojej, także zaczynam się zastanawiać nad faktycznymi kompetencjami Informatyków po szkole... Heh... nasunęła mi się teraz "śmieszna" aluzja do studiów...
       Ale, wracając do blue screena - w większości przypadków sobie radzę, ale mimo to i tak dochodzę do wniosku, że wszelakie sprzęty elektroniczne robią mi na złość. A dzisiaj przypadła kolejka na mojego laptopa. W ciągu 5 minut trzy razy wyświetlił "awarię systemu", resetując się automatycznie zaraz po wyświetleniu komunikatu... Już nawet się nie denerwuję. Zrobię ogólny przegląd systemowy i pewnie będę zachodzić w głowę, dlaczego problem tym razem pojawił się tylko po otwarciu strony internetowej mojej uczelni...
       Ciekawe tylko, co będzie następne - moja eMPe trójka?

       Wiosną zawiało, zazieleniło się, a ja w końcu przełamałam strach przed zrobieniem szablonu z autentycznym zdjęciem w roli motywu. Ostatnio czuję się tak... pozytywnie, szkoda tylko, że od poniedziałku pogoda średnio dopisuje i mroźny wiatr psuje przyjemność ze spacerów.

19 marca 2012

Moja czapka

       Prawie cały miniony tydzień przespałam pod ciepłą kołdrą bądź kocem, naćpana Polopiryną S. We wtorek olśniło mnie, że to jednak nie jest zwykłe przeziębienie... Nie zwykłe, bo konkretne - zatoki nosowo-czołowe. Miałam z tym problemy jakieś ładne trzynaście lat temu i bach!, przypomniało o sobie.
       Właściwie to niewiele pamiętam z objawów przeziębienia zatok z okresu kiedy miałam te siedem czy osiem lat. Kojarzę jedynie, że sporo jeździłam po lekarzach, bardzo często miałam zatkane uszy i bolały mnie okolice skroni, nosiłam czapkę oraz jak to jeździłam na "naświetlania" lampami. (Mama mówi, że to były soluksy - sprawdziłam, faktycznie jest coś takiego jak "lampa soluks", ma zastosowanie w kosmetyce i medycynie i w sumie wygląda jak te zabawne lampy, które odwiedzałam raz albo dwa razy w tygodniu.)
       Niestety, przy problemach z zatokami - oraz w celu zapobiegania ich nawrotom - dobrze stosować pewne środki, utrzymać ciepło. To zdanie jakoś dziwnie brzmi... 
       W każdym razie chodzi o to, by nie chodzić z "gołą głową", bo to przez nią z organizmu ucieka najwięcej ciepła. Jak wiadomo, w tym celu wykorzystuje się czapkę. Obecnie to nie jest wielki problem. Czapek jest całe mnóstwo, a i nawet są one modne, choć ciągle, noszenie takiej w dni pozornie ciepłe może wydawać się dziwactwem, zupełnie jak w ubiegły weekend, kiedy u mnie w mieście temperatura sięgnęła ponad dwudziestu dwóch kresek.
       Doskonale pamiętam jak dzieci śmiały się ze mnie, kiedy wiosną ciągle chodziłam w czapce. Właściwie to śmiały się nawet zimą i jesienią. Nie wiem, co tak niezwykłego mogło być w fakcie, iż chodziłam sobie w wełnianej czapeczce. Dla mnie było to dość oczywiste - byłam grzeczną dziewczynką, a Mama dobrze mi wyjaśniła dlaczego muszę chodzić z nakrytą głową, a mnie w zupełności wystarczyło tłumaczenie Rodzicielki. Nie powiem, że mnie nie kusiło żeby zrzucić czapę i jak wszyscy chodzić z gołą głowiną. Często nawet było mi przykro, że ja nie mogę tak jak inni, bez czapki. Z czasem jednak przywykłam do tego wszystkiego. Przyzwyczaiłam się do dziwnych spojrzeń i polubiłam swoją czapkę. W gimnazjum już nawet nie pamiętam czy ktokolwiek się z tego śmiał, wiem, że padały pytania, dlaczego nosisz czapkę?, ale ucinałam to krótkim wyjaśnieniem i robiłam swoje... zawsze. A potem czapki stały się modne, jak na ironię...
       Mam moją małą kolekcję ciepłych nakryć głowy. Nie powiem, bo czasem zdarza mi się, że chodzę bez czapki, ale jakoś tak mi zostało, że zwykle w chłodniejsze dni uwzględniam ją w swoim ubiorze.

       Weekend zszedł mi szybko, ale byłam padnięta. Zajęcia od rana do wieczora to jednak męcząca sprawa, z drugiej strony jednak wolę zaoczne od dziennych ;P 
       Czuję się już znacznie lepiej, choć ciągle boli mnie głowa, no i muszę chodzić w czapce, nie żeby mi to robiło jakąś wielką różnicę ;P A dzisiaj inhalacja i śmigamy, cały tydzień przed nami :)

12 marca 2012

My i tak cię dopadniemy!

Podpisano:
Wirusy i Bakterie

       Od soboty ciągnę na polopirynie. Do tego zjazd na uczelni, trochę deszczu, duchota w salach wykładowych, wiatr i przeziębiłam się... I nawet moja kochana czapka mnie tym razem nie uchroniła. A było tak pięknie... Nie chorowałam już od... jakiegoś roku, może trochę dłużej.
       Nie wiem czy mam gorączkę, ale czuję się jakby świat miał się rozdwoić. Już dawno nie czułam się tak fatalnie, żeby nie mieć siły na siedzenie przed komputerem, a jednak. Wczoraj zerwałam się z połowy zajęć, a kiedy wróciłam do domu od razu władowałam się pod koc i zwinęłam w kłębek. Spałam prawie cały dzień. Komputer włączyłam dopiero w nocy, kiedy już nie mogłam dłużej spać, a i tak po jakichś trzech godzinach ponownie władowałam się do łóżka, choć tym razem już pod pierzynę.
       Boli mnie gardło, głowa, a nawet ręce i nogi... Mam zatkane uszy i prawdopodobnie przeziębiłam zatoki. I pomyśleć, że w gimnazjum, ba!, nawet w liceum uwielbiałam być chora... 


8 marca 2012

To ósmego jest jakieś święto?

Czyli, jak umknęło mi, co obchodzimy ósmego marca.

       Wstałam sobie dzisiaj normalnie, rano. Jak to ja, zwlekałam się z łóżka ponad dziesięć minut, rozglądając się przy okazji po pokoju. Tak sobie patrzę i... o!, czekolada na biurku. No, okej. Czekolada jak czekolada, ta była mleczna i markowa. I zaczynam zachodzić w głowę, co ona tutaj robi?
       Ani to moje urodziny, do imienin jeszcze prawie dwa tygodnie. Żadne istotne wydarzenie nie przychodziło mi do głowy. Ani nikt nie był mi nic winny (no może z wyjątkiem przyjaciółki, która wisi mi dwa piwa), ani nie przypominam sobie, żeby ktoś musiał mnie przepraszać, więc... zignorowałam ją i schowałam do lodówki. Wyjaśni się potem...
       I tak sobie minęło troszkę czasu, aż Siostra wróciła ze szkoły, a Mama z urzędu. One dopiero uzmysłowiły mi, że to Ojciec zostawił czekoladę u mnie w pokoju...
       "No, okej, ale po co...?" - zapytałam (czyżby znowu chciał się przymilić starszej córce?), a One dopiero wtedy dały mi jasno do zrozumienia, że chyba zerwałam się z jakiegoś krzaka, bo dzisiaj jest Dzień Kobiet.
       Próbowałam nie dać po sobie poznać zażenowania, jakie mnie ogarnęło. Na śmierć, zapomniałam! Ostatnio w ogóle nie nadążam za lokalnymi dniami świątecznymi. A czekolada, cóż, miło z Jego strony, choć i tak pewnie sam ją zje :P

       Póki jeszcze czas, chciałabym więc złożyć życzenia Wszystkim Kobietom - i tym małym i dużym. I niech Wasi Panowie Was rozpieszczają :)


6 marca 2012

Pieszczotliwie nazwana "zołzą"

       Jeszcze tylko krótko się wyżalę do ściany, że nie było mnie tu tak długo, iż praktycznie urwały się moje wszelakie kontakty z innymi blogowiczami i teraz nie pozostaje mi nic innego, jak poszukać nowego grona ciekawych internautów, a to równa się kilku (jak nie kilkunastu) godzinom spędzonym w blogowym światku. Pięknie...

       Okej, herbata gotowa, ja wygodnie usadowiona, więc chyba mogę przejść do tematu. Chciałam dzisiaj "napomknąć" o moim sposobie wyrażania się o innych, do czego podkusiła mnie ostatnia rozmowa z jedną z moich przyjaciółek (bo mam ich aż dwie - Wredotykochaną Siostrę, którą też zaliczam do tego zacnego grona). To, co napiszę, właściwie odnosi się do wszystkich osób, do których czuję choćby cień sympatii i głównie będzie o tym jak to ja genialnie wyrażam swoje uczucia do innych... Albo raczej jak nie potrafię ich wyrażać słowami...
       Już po samym wstępie widać jak uroczo o Nich mówię. Ale żeby było jasne - kocham te dziewczyny ponad wszystko i, choć mamy swoje lepsze oraz gorsze dni, to za nic nie oddałabym tego, co nas łączy, mimo że czasem zastanawia mnie jakim cudem zostałyśmy przyjaciółkami.
       Ale do rzeczy, chciałam napisać o moim specyficznym wyrażaniu się i zwracaniu do osób, które są mi w jakimś sensie bliskie. Często "wyzywam" ludzi od: idiotów, durniów, baranów, głupoli, paskud, marud, zrzęd, jędz, zołz (i lista ta mogłaby się ciągnąć jeszcze dłuższą chwilę), choć wiem, że nie powinnam. Mówię tak, zdając sobie sprawę, że mogę zostać odebrana jako wulgarna, agresywna, niewychowana, nietaktowna i Anielka wie jak jeszcze, a mimo to, nie potrafię przestać tego robić. 
       Zastanawiam się, skąd to się bierze - pierwsza myśl, z domu, no bo skąd indziej? Ale nie... w domu raczej takie wyzwiska padają okazjonalnie w trakcie kłótni. No i nadużywane przeze mnie - bowiem potrafię nawet do Ojca zwracać się per Idiota czy Dureń.
       No to idziem dalej - szkoła? Hm, może... Tam niejednokrotnie podczas przerw wyzwiska przelewały się korytarzami niczym chleb powszedni... Ale nie, w szkole byłam zwykle grzeczną, uczynną, miłą i zawsze uśmiechniętą, choć odrobinę wolniejszą od wszystkich uczennicą (wolniejszą w sensie wykonywania czynności, czasu potrzebnego do zastanowienia się itd.). Także dochodzę do wniosku, że nie mogłam tego wynieść ze szkoły podstawowej...
       Może więc gimnazjum? Prawdopodobieństwo jest już odrobinę wyższe, ale... jak mnie pamięć nie myli tam już byłam "dwoistą" uczennicą - dla nauczycieli kochany, uczynny cukiereczek, dla kumpli - nieco wulgarna, chwilami opryskliwa i w cholerę głośna krowa (ja nawet o sobie tak "dziwnie" mówię). To musiało się stać gdzieś w międzyczasie... 
       I wtedy przypominam sobie, że moje "pociągi" w stronę wulgarności mogą mieć inne, nieosadzone w żadnym konkretnym przedziale czasowym źródło. Kiedy miałam nie więcej niż dziesięć lat, komputery nie były jeszcze "popularną zabawką" dla dzieci, ba!, one właściwie dopiero wpełzały na polski rynek. Czas spędzało się na podwórku, wśród blokowej hołoty - niejednokrotnie różnica wieku pomiędzy najstarszymi a najmłodszymi członkami bandy wynosiła ponad dziesięć lat. Dzieci jak to dzieci, graliśmy, bawiliśmy, wygłupialiśmy się. Rozmawialiśmy... O, tak. Dużo się wtedy gadało i specyficzne przyzwyczajenia językowe zmieniały właścicieli... I tak było przez długie lata. Tak, to z pewnością jedno z moich źródeł, gdzie wyrazy idiota czy głupek w większym stopniu straciły swoje obraźliwe zabarwienie, bo wszyscy tak się przezywaliśmy... Na tych "nielubianych" były gorsze słowa.
       No i uzyskuję świadomość swojej własnej agresywności... może nawet przeświadczenia o swojej wyższości nad innymi, co objawia się właśnie w języku. Zawsze ogarniała mnie jakaś dziwna fascynacja przemocą... na różnych płaszczyznach. 
       Agresywne zachowanie idealnie współgra z niestosownym językiem, a wulgaryzmy używane ciągle i bez pomysłu tracą swoje znaczenie. To zupełnie jak sytuacja, którą obserwujemy w dzisiejszym języku z nadużywanym słowem "kurwa", gdzie ludzie stosują to słowo jako przecinek w wypowiedziach.
       Tak, tak... To wszystko idealnie składa się w zgraną całość - przynajmniej w mojej głowie - i już teraz widzę, że dla przeciętnego obserwatora, tudzież słuchacza jestem zwyczajnie wulgarną, niewychowaną, starą "smarkulą", która przekroczyła dwudziestkę.

       Prawda jest jednak nieco inna. Pomijając sferę odbierania moich wypowiedzi przez innych, zajmijmy się przez chwilę ich znaczeniem w mojej głowie. 
       Przyznaję, iż nadużywam pewnych słów o pierwotnie negatywnym zabarwieniu, przypisując je poszczególnym osobom, które lubię (bądź nawet kocham) jako zamienniki dla ich imion, pseudonimów czy nazwisk. I stosuję tych słów zwykle jako humorystyczne przezwiska, a czasem nadaję im też czułego, troskliwego znaczenia - co może brzmieć nierealnie - i zupełnie nie mam na myśli obrażenia osoby, do której wypowiadam taką frazę. To nie tak, że zapomniałam o ich negatywnym znaczeniu - choć przyznam, że pewnie kiedyś był taki okres, kiedy już nie pamiętałam, że idiota może być wyzwiskiem - bo jak najbardziej wiem jaki wydźwięk mają te wyrazy w, powiedzmy, "neutralnym" znaczeniu.

       Oczywiście, można jeszcze zapytać czy to taki straszny problem, przecież wystarczy się kontrolować, tak? No, może i wystarczy... Albo inaczej, owszem, w większości sytuacji wystarczy i wiele daje, bowiem nazywanie nieznajomego Baranem bądź Wariatem z pewnością nie jest ani uprzejme, ani dobre w skutkach, ale... Jestem osobą, która dość często kieruje się emocjami i mówi zanim pomyśli, więc niejednokrotnie "palnę" takiego Idiotę nim się nawet zorientuję, że to zrobiłam.

       A dzisiaj nazwałam Siostrę paskudą, zaś mojego Psa wyzwałam od brudnych, czarnych, kudłatych, śmierdzących, kochanych kundli...



15 lutego 2012

Chaos w notatkach

       Chciałam jakoś tak sensownie zacząć. Wielki powrót z ciekawym tematem do omówienia. Interesująca, nowa wizja starego bloga. Miałam spisywać sobie tematy, o których chciałabym pisać tutaj i dzielić się ze światem własnymi spostrzeżeniami na ich temat.
Tak, zdecydowanie, nakręcając się na blogowanie po raz n-ty zrobiłam mnóstwo przedziwnych, a nawet dość ambitnych i interesujących planów. A przynajmniej planowałam to wszystko zaplanować. Z tych wszystkich postanowień pamiętam jedno, a właściwie to dwa – ogłosić środę dniem dla bloga i przynajmniej raz w tygodniu napisać nową notkę na jeden z tematów z „listy”.
Cóż, planowanie nigdy nie było moją mocną stroną...

       Doprawdy nie wiem jakim cudem zdałam sesję. Od półtora tygodnia mam wolne, a w papierach ciągle mam bałagan... To naprawdę dziwne, kiedy wziąć pod uwagę fakt, iż semestr skończyłam ze średnią cztery i pół! Heh, mam jeszcze kilka dni, może zdążę coś uporządkować ^^”

       Nie było mnie tu praktycznie rok. W sumie to nie dziwi mnie, że Onet usunął nieużywane przeze mnie adresy mailowe. Może to i lepiej. Kiedyś tak bardzo chciałam się pozbywać śladów po sobie, a mimo to ciągle tu wracam...
Ironia losu? Może. Ale ja stawiałabym na jakieś dziwne przywiązanie, którego nie potrafię wyjaśnić.
Tak, wracam.