9 listopada 2010

Każda chwila, choćby najdrobniejsza coś ze sobą niesie

       Minęły tygodnie - tak w mgnieniu oka, minęły święta z nutą refleksji.
Mijają dni, miesiące, a my chwilami nawet nie zauważamy tego upływu czasu. Jesteśmy tak bardzo pochłonięci codziennymi obowiązkami, że nie dostrzegamy, jak życie ucieka nam przez palce...
  Brzmi niezbyt optymistycznie, prawda?

       Cóż, taki los i, co byśmy nie zrobili, czas nie stanie w miejscu (chyba, że mi o czymś nie wiadomo), a będzie gnał dalej.
       Jednak ciągłe rozmyślanie o uciekającym czasie, mijających chwilach i ulatujących dniach życia, często zmarnowanych na zupełnie bezsensowne czynności, może wprawić w nieco ponury nastrój. Jednak zamiast tego można spojrzeć na te umykające sekundy z innej perspektywy.
       Każda minuta jest jedyną minutą danej godziny, danego miesiąca, danego roku. Takich minut jest wiele, ale każda z nich jest - jedyną. Drugi raz nie przeżyjesz tej samej godziny w tym samym miejscu i tego samego dnia. Dziewiąty listopada 2010 roku jest tylko raz w historii.
       Każda chwila jest unikatowa, dlaczego więc nie zapamiętywać każdej najdrobniejszej pozytywnej sytuacji? Dlaczego nie cieszyć się z najmniejszych błahostek? Dlaczego nie śmiać się do rozpuku, kiedy nadarzy się okazja? Dlaczego nie żyć pełnią życia, skoro każdy moment jest jedynym takim momentem w naszym życiu?
       Można powiedzieć, że są pewne granice, obowiązki, które nas naglą, warunkują, co i kiedy musimy zrobić.
  A ja powiem na to, że owszem, ale w trakcie tych naszych obowiązków też może zdarzyć się coś niezwykłego. Ja w trakcie zajęć, które są moim obowiązkiem jako studentki, potrafię całkiem przyjemnie spędzać czas, a przecież my się tam uczymy!

       I nie oburzajcie się, bo naprawdę ile razy w szkole średniej (bądź w gimnazjum) w czasie lekcji okazywało się, że jednak było całkiem fajnie, pomimo że trzeba było wykonywać polecenia nauczyciela? Może nie było to często, ale na pewno choć raz się zdarzyło.        A ja dopowiem tylko, że miłych wspomnień i wydarzeń można doszukać się nawet w intrygującej i spornej dyskusji z wykładowcą - wystarczy przypomnieć sobie to, co z owej dyskusji wynieśliśmy, bądź uczucie dumy jeśli spór wygraliśmy.
       Każde nasze słowo może przynieść uśmiech bądź łzy.
       Każdy gest niesie ze sobą coś pozytywnego bądź negatywnego.
       Tak wiele osób teraz narzeka, że świat jest szary, bury i ponury. Że życie jest monotonne. Że nie przytrafia się im nic dobrego.
       Ja także nie znoszę monotonii, ale od kiedy zauważam detale dnia codziennego, nawet pozornie podobne dni stają się zupełnie różne.
        Zaś odkrywanie pozytywnych zdarzeń w codziennym życiu sprawia, że nawet zachmurzone niebo wydaje się jakby bardziej przejrzyste.
       Można powiedzieć, że to szukanie pozytywnych stron codzienności, to takie wynajdowanie dobrego na siłę.
       Może i tak, ale jak inaczej przywdziać szczery uśmiech, kiedy nas wszystkich gonią terminy? Bo przecież ciągle narzekamy na brak czasu, a potem na złe samopoczucie.
Dlatego też, kiedy brakuje czasu, by poprawić sobie nastrój bądź zrelaksować się przy dobrym filmie z koleżankami czy na piwie z kumplami, korzystajmy z drobnych okazji, by wprawić się w choć odrobinę lepszy nastrój.

Szczęście jest ulotne.
Nie jest czymś stałym.
A prawdziwe szczęście w życiu daje pogoń za tym ulotnym, chwilowym szczęściem.

      Nie chciałam pisać notki o świętach. Nie chciałam, bo nie ma się z czym afiszować. Święto było, zmarłych wspomnieliśmy i żyjemy dalej. Swoje zdanie na temat tego święta zachowam dla siebie. Może kiedyś się nim z Wami podzielę.


      Dzisiaj wyszło też trochę krócej niż zazwyczaj. Mam nadzieję, że nie jest przez to gorzej ^^


      Skoro to ma być pamiętniko-podobne coś (na słowotwórstwo mnie wzięło), to muszę się Wam pochwalić xD
      Z kolokwium z greki dostałam 5, zaś z dotychczasowego kolokwium z łaciny 4+. Po obwieszczeniu tej nowiny mojej przyjaciółce (która ma osiemnastkę w tym tygodniu) powiedziała mi ona: "No, no widzę, że startujesz do stypendium w przyszłym roku". A ja z euforią przytaknęłam. Ciągle, to zdarzenie przyozdabia mą twarz radosnym uśmiechem.
Przyznam, że od jakiegoś czasu mam więcej chęci na robienie czegokolwiek - choćby to były nudne obowiązki domowe. Ponadto czuję się dobrze i nie odnoszę wrażenia, że świat mnie obciąża.
      Jak dobrze jest być szczęśliwym i to właściwie bez konkretnego powodu.



24 października 2010

Teraz już z górki... czyli początki studenckie

       Czasem w życiu każdego przychodzi taka chwila, kiedy rozpoczynamy całkiem nowy etap. Gdy z mniejszą bądź większą niepewnością, wkraczamy w nieznany świat. Mój kolejny etap rozpoczął się równo o godzinie 12:00 czwartego października.
       Właściwie, to od dwóch tygodni zbieram się na napisanie nowej notki, tylko, że z moją słabą umiejętnością organizacji czasu jakoś nie najlepiej mi to wychodzi. Z każdym kolejnym dniem dochodzę do wniosku, że doba ma za mało godzin, by zrealizować wszystkie postawione sobie cele. Choć prawdopodobnie to odczucie powodowane jest właśnie moim nie do końca umiejętnym rozplanowaniem czasu... cóż, wspominałam już kiedyś, że nie lubię planować.
       Z drugiej jednak strony, nie chciałam pisać tego wszystkiego "na gorąco". Specjalnie wstrzymywałam się, by trochę ochłonąć, przemyśleć pewne sprawy, wydarzenia i już "na chłodno" opisać to, co ważniejsze.


       Może do rzeczy.
       Nie chcę pisać tutaj po kolei, co działo się przez minione trzy tygodnie, bo nie na tym pisanie bloga polega... przynajmniej nie do końca na tym. To, co chciałam tu napisać, to głównie moje spostrzeżenia i odczucia jako "świeżo" upieczonej studentki. No, może już nie tak świeżo, ale, to było tylko trzy tygodnie temu, prawda?


       Pierwszy poniedziałek października był dla mnie jednym z bardziej stresujących dni w roku 2010. Nawet przed maturą z języka obcego, pisemną i ustną, tak się nie stresowałam. Ba nawet matura z matematyki, która nie do końca poszła tak, jak powinna, nie była dla mnie tak stresująca.
       Właściwie, to idąc na uczelnię czułam się dziwnie. Niby wiedziałam, gdzie, co i jak, a z drugiej strony, nie wiedziałam nic. Byłam przerażona - praktycznie bez jakiegokolwiek konkretnego powodu. Miałam wrażenie jakby nagle tamto miejsce zaczęło mnie przytłaczać, przerażać.
Niby to miało być tylko szkolenie biblioteczne z uwzględnieniem podziału na grupy. Niby nic wielkiego. Ale zaraz, jaki podział na grupy?! Dlaczego nigdzie nic nie pisze?! W dziekanacie powiedziano tylko tyle, że podział jest "alfabetyczny" - super. To znaczy, że listę alfabetyczną podzielili na pół... Tylko jeszcze kwestia - na której literze państwo podzielili tę listę? A tego nie powiedziano nikomu.
       Kolejna rzecz... Na roku miało być pięćdziesiąt osób... No to ja, stojąc w kolejce do dziekanatu po odbiór indeksu i legitymacji, pytam się, gdzie są ci ludzie?! Owszem, kolejka może i była, ale to był kurde drugi rocznik! I dalej stałam tam przerażona, czując się jak jakiś ufoludek w tym tłumie ludzi.
       Czułam się jak pierwszoklasista, tylko w nieco starszym wydaniu. Właściwie, to choć wiedziałam prawie wszystko, co było mi potrzebne wiedzieć, to miałam wrażenie, że jestem jakaś zacofana, że nie ogarniam tego wszystkiego. 
       Kupa stresu, tona zdezorientowania i szczypta zagubienia, a wszystko doprawione pogodnym, nic nie zdradzającym uśmiechem.
       Wszystko minęło, kiedy w kolejce za mną zjawiły się dziewczyny z mojego roku i kierunku!
Byłam uratowana.


       Przyznam, że dzień zakończył się całkiem przyjemnie, pomimo nie do końca uroczego początku. Wracając do domu, byłam spokojna. Tak całkiem różna od tego jaka jechałam na uczelnię.
Na sercu gościł pogodny uśmiech.
Będę całkiem miło wspominała ten dzień.


       Zajęcia zaczynały się szóstego października, w środę o godzinie ósmej. Przyznam szczerze, że wstawanie o godzinie 6:00 i wyszykowanie się na autobus, by dojechać na uczelnie omijając korki, to dla mnie coś nowego. Do tej pory miałam całkiem wygodne życie. Przez ostatnie pięć lat do szkoły wychodziłam pięć minut przed rozpoczęciem się lekcji, a na dziesięciominutowych przerwach wracałam do domu, odnosząc niepotrzebne już książki.
Zaledwie przez jeden rok dochodziłam do szkoły trzydzieści minut na piechotę przez las. Tam nawet autobusem nie dawało się dojeżdżać, ale to było tak dawno temu, że mój zadek zdążył przywyknąć do wygody.
       W każdym razie, pierwsze zajęcia minęły całkiem... dobra, były nudne. Cała ta paplanina, że możemy się przepisać pomiędzy grupami, że na wykłady nie musimy chodzić, że nasza Pani Opiekun roku jest taka i owaka, że cały milion innych rzeczy, na szczęście nie trwały przewidziane dwie godziny. Pan Wykładowca był na tyle miły, że pierwsze porannezajęcia skończył po czterdziestu minutach, co zaowocowało w dwugodzinnej przerwie, którą w szkolnym języku nazwano by... okienkiem? Kolejne ćwiczenia, krótka prezentacja, co i jak, z czego korzystać, kto jest kim i... nie traćmy czasu, zacznijmy się uczyć! Przyznam, że jakoś mnie to nie zdziwiło. Bardziej zaskoczyły mnie skrócone zajęcia poprzedniego Pana Wykładowcy.
       Pierwsze trzy dni były całkiem luźne, że tak to określę. Z wolna zapoznawaliśmy się z wykładowcami, systemem, biurokracją uczelnianą i sobą nawzajem.
       Drugi tydzień nawet nie zaskoczył mnie tym, iż zaczęliśmy bardzo gonić z materiałem. Wydawało mi się to jakby normalne. Nawet zdziwiłam się nieco, kiedy kilku wykładowców specjalnie wskazywało, co należy zanotować, a co nie. Ponadto poczułam, że chyba nie tylko ja czuję się trochę zagubiona w tym świecie. Odniosłam dziwne wrażenie, że jako grupa, siedzimy w tym samym bagnie po uszy - razem. 
Była tylko jedna rzecz, która mnie zirytowała. Nagle okazało się, że książki, których "mamy prawo na początku nie posiadać i zakupić je do końca października, gdyż nie będziemy z nich, póki co korzystać" - jak stwierdziła jedna Pani Profesor, muszą być na ławce, gdyż z nich nagle korzystamy u tej samej Pani Profesor, która wspominała, że na razie nie będą nam potrzebne.
Nie miałam wyjścia jak zaopatrzyć się, choćby na początek w kserowane wersje książek, których to nagle brakło w księgarniach i hurtowniach, o antykwariatach już nie wspominając.


       Właśnie minął "trzeci" tydzień moich studiów i muszę przyznać, że choć jestem zmęczona porannym wstawaniem i podróżami autobusem, to jakoś nie czuję się przytłoczona całym tym systemem. Wiele rzeczy staje się przejrzyste. 
       Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że będzie... gorzej. W obecnej chwili, pomimo tego natłoku materiału i strasznego "gonienia", cała ta nauka przypomina mi lekcje z moją nauczycielką języka polskiego z liceum. Chyba powinnam być wdzięczna, że przygotowano mnie w liceum do trybu nauki na studiach. Dużo treści, brak konkretu do notatki, a sprawdziany są, z czego być muszą... ucz się sam! Zaoszczędziło mi to sporego "przeskoku" i chyba stresu też.


       Zaczynamy się powoli "zżywać" w grupie. 
Moja grupa "B" jest nieduża, lista liczy 26 nazwisk. W chwili obecnej regularnie na zajęcia uczęszcza z niej 16 osób. Równoległa jest większa o prawie 15 osób. Przyznam, że lubię moją grupę, panuje w niej taka... rodzinna atmosfera, pomimo że prawie się nie znamy. Fakt, iż jest nas mało przyjmuję całkiem pogodnie. Lubię małe grupy ludzi, wtedy wszyscy są jakby "bliżej". 


       Pierwsze tygodnie nie przeraziły mnie ani nie zniechęciły. Szczerze powiedziawszy to chyba jestem zadowolona, pomijając takie "zmory" jak system obsługi studenta - USOS i przeklęte logowanie na zajęcia wychowania fizycznego. Na samą myśl o tym bolą mnie nogi od biegania po mieście z jednej jednostki uniwersyteckiej do drugiej w poszukiwaniu osób, które łaskawie dologują mnie do wybranej przeze mnie grupy za zgodą wykładowcy. 
       Ech... biurokracja. A wszystko przez to, że nie miałam jak zalogować się na czas. Ale już wszystko załatwione i mój "wuef" obywa się w takich godzinach, które nie kolidują z planem zajęć, no, a do tego jestem na tej dyscyplinie, na której chciałam być ^^.
       Dobra, to chyba byłoby na tyle w tej notce. Nie będę nic więcej dopisywać, bo wyjdzie mi z tego mini książeczka. A w poniedziałek mam kolokwium z greki, więc warto byłoby położyć się już spać.


       Na koniec tylko takie pytanie do Was. Czy kiedykolwiek, a jeśli tak, to kiedy czuliście się tak, jakbyście byli gdzieś, gdzie nie powinno Was być? Czy mieliście ostatnio w jakiejś sytuacji wrażenie, jakbyście byli w złym miejscu o złej godzinie? Jakbyście nie należeli do tej rzeczywistości, która Was wtedy otaczała? Pewnie znowu nieco namieszałam ^^"
       W każdym razie, jeśli zrozumieliście, któreś z powyższych pytań, to piszcie w komentarzach o Waszych małych "przygodach". Chciałabym poznać też Wasze historie.


Ufoludka z filologii klasycznej



2 października 2010

Kilka błahostek z życia

       Sporo czasu mnie tu nie było. Mogę powiedzieć, że znowu, ale cóż, taka już jestem. Zbieram się do napisania tej notki od czwartku i ilekroć już wiem, co chcę napisać i jak, ktoś mi przerywa. Dlatego też postanowiłam, że pierwsza notka po tej nieobecności będzie takim "skrótem wydarzeń".
No dobrze, w takim razie może zacznę od "początku".
       Dlaczego mnie nie było?
Byłam nieobecna w blogosferze, bowiem chwilowo mnie zmęczyła, przechodziłam ponowne przesycenie tym światkiem i potrzebowałam przerwy od ciągłego siedzenia na blogach poszczególnych osób i swoim. Zaufajcie mi, każdy (albo przynajmniej spora większość) kto bloguje nieco dłużej w końcu dochodzi do tego, że ma dość blogowania i potrzebuje krótszej bądź dłuższej przerwy, nawet jeśli kocha pisać bloga z całego serca.       W porządku, wiecie już czemu mnie nie było, ale czy to znaczy, że w moim życiu przez ubiegłe trzy miesiące nie wydarzyło się nic godnego uwagi?

       Otóż nie. Pomimo mojego wcześniejszego przekonania (i prawdopodobnie przekonania każdej zdołowanej osoby) moje życie nie jest jednostajnie nudne. Owszem, zdarzają się dni bardziej monotonne, ale to nie znaczy, że nie wydarza się nic. Bowiem jest zupełnie odwrotnie. A nawet jeśli nie zdarza się coś wielkiego, niezapomnianego, to można zawsze zapamiętywać błahostki, dzięki którym każdy dzień jest unikalny, przyjemniejszy.       W takim razie, co takiego zdarzyło się w moim życiu przez minione trzy miesiące?
Faktem jest, że nie wszystko potoczyło się tak, jak bym tego chciała, niektórych planów na wakacje wcale nie zrealizowałam, ale to były dobre miesiące.

       Otóż, odnośnie konkretów.
       Dostałam się na studia dzienne na wydział filologii klasycznej. Z początku nie byłam zachwycona tą wiadomością, gdyż nie jest to kierunek, który sobie wymarzyłam. Niestety na japonistykę w Krakowie nie stać mnie, na studia prywatne także, ale po pewnych przemyśleniach doszłam do wniosku, że jednak filologia klasyczna będzie czymś innym niż oklepany angielski (gdzie nawiasem mówiąc brakło mi 20 punktów), którego studiowanie i zagłębianie się w struktury gramatyczne mnie odpycha i nudzi zarazem.
       Także od nadchodzącego poniedziałku będę już pełnoprawną studentką filologii klasycznej i przyznam, że podchodzę do tego całkiem optymistycznie (nawet bardziej niż do myśli, że mogłabym studiować kulturę i literaturę obszaru anglojęzycznego), choć jest lekki posmak żalu, że to nie japonistyka.       Druga nowość, jaka zawitała w moim życiu w ostatnich miesiącach, to regularny sport, a dokładniej mówiąc brazylijska sztuka walki - capoeira.
       Od sierpnia miałam okazję zasmakować, co to takiego i powiem szczerze, że bardzo mi się spodobało. Niestety bezpłatny sierpień się skończył, wrzesień za który zapłaciłam także już minął, a na październik nie starczy funduszy. Bo oczywiście taka przyjemność kosztuje, jak wszystko w dzisiejszym świecie.
        A jeśli chodzi o pytanie, dlaczego zdecydowałam się na capoeirę. Cóż, przypadek. Koleżanka mnie "zaciągnęła" i tak jakoś samo poszło.
        Wiem natomiast na pewno, że od dawna już chciałam spróbować tego owocu - sztuk walki. Nie interesowało mnie, co to będzie, liczyło się by było egzotyczne, absorbujące, wymagające i prawdziwe. I być może to, co teraz napiszę zabrzmi dziwnie, ale tego mi było trzeba - regularnego, męczącego treningu. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wiele dały mi zaledwie dwa miesiące treningu. A pomimo lejącego się strumieniami potu, zmęczenia i z początku bolących mięśni czułam zadowolenie i spełnienie. Poprawiło się moje ogólne samopoczucie i już nie umieram wchodząc po schodach na dziesiąte piętro, kiedy winda się zepsuje. Do tego muszę wspomnieć, że jest to naprawdę świetny sposób na wyładowanie złości, a ja dodam od siebie, że nareszcie zyskałam ogólną kontrolę nad własnym ciałem.
Tak! Już nie potykam się o własne nogi, kiedy tańczę sobie wieczorami w moim ciasnym pokoju! xD       Kolejna rzecz jest pośrednim wynikiem uprawiania capoeiry przez ostatnie dwa miesiące. Poprawa nastroju i ogólnego samopoczucia zaowocowała częstszymi przypływami inspiracji. Napiszę tu o tym prawdopodobnie po raz pierwszy, bowiem nie przypominam sobie bym wspominała na blogu kiedykolwiek o moim skromnym, bezimiennym projekcie opowiadania, które może okazać się wielotomową powieścią fantastyczną. W każdym razie mój mały projekt także przechodzi "trzeci renesans", który potrwa jeszcze jakąś chwilę, a cała ta rewolucja zaczęła się jakoś pod koniec sierpnia. Ale dość o tym, nie chcę nic zdradzać, żeby nie zapeszać.       Owszem, może przez ostatnie miesiące mnie tu nie było, chociaż nie wyjechałam na wakacje, ale moje życie brnie naprzód. Pomimo tego, że siedziałam w domu zdarzyło się sporo miłych chwil, wiele prywatnych, przyjemnych wspomnień, o których nie będę pisać. Jedynym zmartwieniem, które towarzyszyło mi przez ten cały czas były, są i będą pieniądze, a konkretnie ich brak w domowej kasie.


       Wybaczcie mi. To miał być tylko skrót tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie, a tymczasem wyszedł post na ponad jedną stronę A4 w Wordzie. Chyba nigdy nie nauczę się pisać krótko i zwięźle. :|




2 lipca 2010

Uważaj na słowa!

       Ciągle mi się to zdarza.
Ludzie po prostu nie rozumieją intencji słów, których używam.
A przynajmniej nie w chwili, kiedy prowadzę z nimi rozmowę pośrednią.

       Od dłuższego czasu jestem zwolenniczką komunikacji bezpośredniej.
Bezpośredniej czyli rozmowy "twarzą w twarz", kiedy to rozmówca (albo rozmówcy) jest w stanie wyraźnie usłyszeć różnorodność barwy głosu, widzieć towarzyszące rozmowie gesty, miny i inne zachowania, co w rezultacie prowadzi do poprawnego interpretowania intencji przekazywanej treści.
       Już nawet rozmowa telefoniczna ogranicza przekaz niewerbalny do minimum. Nie wspominając o tym, że pisanie smsów właściwie całkowicie wyeliminowało komunikat niewerbalny.
Do czego zmierzam?
Otóż, jestem osobą, która dość mocno uzewnętrznia swoje emocje, choć nie potrafię o nich mówić (choćby mi dawali skrzynkę ze złotem, to i tak nie umiem określać tego, co czuję). Kiedy rozmawiam z ludźmi normalnie, moje przekazy są na ogół nieco chaotyczne, ale zrozumiałe. Często używam słów, których znaczenie odebrane na "sucho" całkowicie kłóci się z intencją, w jakiej ich używam. Oczywiście, w normalnej rozmowie nie mam z tym właściwie żadnego problemu.


       W rozmowie telefonicznej jest odrobinę gorzej. Rozmówca już mnie nie widzi, nie jest w stanie ujrzeć faktu, że, mówiąc te ostatnie "nieciekawe słowa" nie chciałam go oczerniać, ale zmobilizować, a moja "gęba" śmieje się i wcale nie jest agresywna, jak mogłoby sugerować dosłowne znaczenie słów. W trakcie rozmowy telefonicznej jedynymi "wspomagaczami" jest jeszcze moja barwa, natężenie głosu i tempo wypowiedzi. I choć nie zawsze rozmówca "jasno" odczyta przekaz, to jednak zdarza się to niewiele rzadziej niż w rozmowie bezpośredniej.


       I dalej pytacie, o co mi chodzi?
       Już wyjaśniam. Kiedy przychodzi mi komunikować się z kimś (niech to będzie moja przyjaciółka, tak dla przykładu) poprzez gadu-gadu, bądź za pomocą smsów czy w jeszcze inny sposób, który ogranicza się jedynie do treści pisanej, to właściwie muszę zastanawiać się przez chwilę nad każdym słowem jakie napiszę. Dlaczego? A no bo, jeśli tego nie zrobię, to jak to zwykle bywa, będzie totalny "Fail!".
       Już podaję wyjaśnienia. Otóż chodzi mi o to, iż w chwili gdy piszę normalnie (czyli w taki sam sposób jak rozmawiam z ludźmi) z kimś na GG, to, co kilka minut muszę wyjaśniać, o co mi chodzi! O ile rozmówca jest na tyle życzliwy i nie obraził się, widząc moje ostatnie zdanie wyświetlone w komunikatorze.
       Jakiś czas temu moja koleżanka, z którą bez najmniejszych problemów dogaduję się przez telefon i w trakcie rozmów normalnych, obraziła się przez jedną z moich wypowiedzi, którą dałam jej po otrzymaniu informacji o jej nieudolnych naukach jednego z jezzowych układów tanecznych. Intencją mojej wypowiedzi miało być pocieszenie jej, iż nie każdy jest geniuszem i uczy się w różnym tempie, co ona odebrała jako istny atak na swoją osobę i osobę, która ułożyła układ.
       To nie jedyna taka sytuacja. Niejednokrotnie zdarzają mi się tego typu nieporozumienia z moją przyjaciółką, kiedy jestem zmuszona pisać z nią smsy, bądź na GG czy z siostrą, z którą normalnie od jakiegoś czasu dogaduję się bez zarzutu, a problem pojawia się kiedy muszę z nią smsować!
       To samo zresztą zdarzyło mi się ostatnio z kolegą, którego znam jedynie z sieci, a z którym to rozmawiałam głównie przez Skypa (popsuł mi się mikrofon, a chcąc z nim porozmawiać byłam zmuszona użyć gadu-gadu, oczywiście skończyło się na wyjaśnianiu intencji moich - jakże ambitnych - wypowiedzi).
       Powiecie: dobrze, ale przecież są jeszcze emotikony, nie?
Owszem, są. Ale nawet one nie oddają w pełni stanów emocjonalnych, barwy głosu i intencji wypowiedzi pisanych. Nawet używając emotikon zdarza się, że ludzie źle interpretują moje komunikaty.


       Szczerze nie wiem, dlaczego tak się dzieje.
Może daję zbyt wiele sprzecznych komunikatów, co można bez problemu zaobserwować w trakcie rozmowy zwykłej, jak i bez większych problemów podczas rozmów telefonicznych. A może ja po prostu nie nadaję się do rozmów pozbawionych komunikatów niewerbalnych?
       Bez względu na to, co by to nie było, coś mi mówi, że nie jestem jednak jedyna i samotna z takim problemem. Nie wiem jak Wy, ale ja właśnie przez ten mały mankament staram się opisywać stany emocjonalne na tyle szczegółowo, by moje posty choć odrobinę były zrozumiałe.
Dlatego napiszę to jeszcze raz.
Uważajmy na słowa!



30 czerwca 2010

Maturalnie...

       Miałam kilka przygotowanych tematów na wpisy, ale będą musiały one poczekać. Otóż fakt z ostatniej chwili: są wyniki matur pisemnych!


        Dziś, ni stąd ni zowąd, postanowiłam nieco wcześniej wstać. W miejscowości, w której mieszkam pogoda dopisała dość mocno, co od razu wprowadza człowieka w dobry nastrój. Jak nigdy wygrzebałam z najgłębszych zakamarków szafy jedyną spódnicę dżinsową, jaką posiadam. Pomyślałam, że od czasu do czasu też mogę wyglądać ładnie. Ubrałam jeszcze zieloną zwiewną bluzkę na ramiączkach i szpilki. Zgarnęłam z półki dowód osobisty, czego też nigdy nie robię i jakoś tak niby od niechcenia poszłam do mojej byłej szkoły, która tak nawiasem mówiąc, mieści się w dużym kompleksie budynków po drugiej stronie ulicy (tak, widzę ją z okna swojego pokoju).
        Warto zaznaczyć, że zanim wyszłam z domu nie włączałam ani radia, ani telewizora. Nawet komputer spokojnie jeszcze sobie drzemał po wytężonej pracy dnia uprzedniego.
Poszłam do szkoły w błogiej nieświadomości.
        I są. Wyniki matur 2010. Dowiedziałam się o tym zamieniając kilka słów z jedną z koleżanek z byłej klasy na parkingu przed szkołą.
        Idąc korytarzem, przeszył mnie dreszcz niepewności, wszystko minęło, kiedy przekroczyłam próg sekretariatu.


        Mój status maturalny: zdałam!
Wyniki z egzaminów pisemnych: język polski ponad 60%, matematyka prawie 60%, język angielski: poziom podstawowy 96%, rozszerzony 69%


        Wyniki z angielskiego mnie cieszą, reszta... no cóż. Zawsze mogłam wyjść lepiej (ech ta ambicja), ale tu mam znowu efekt moich trzyletnich wakacji.


Trzymajcie się Miśki ;) Idę oblać maturę ^^

28 czerwca 2010

Porzucony. Znaleziony. Odnowiony.

       Krótkie zniknięcia, ciągłe powroty. Taka jest moja blogowa rzeczywistość. Można się właściwie zastanawiać, co ja tu robię. Przecież mnie nie było.
Owszem, nie było mnie, ale bloga nie zawieszałam, gdyż jakaś część mnie zawsze wiedziała, że niedługo znów tu zawitam - i oto jestem.

       Dwa dni temu skończył się rok szkolny - dla wszystkich. I szczerze, to dzięki za to, bo nie będę się czuła jak wyrzutek, który do szkoły nie chodzi.

       Z tej okazji - oficjalnego rozpoczęcia wakacji - postanowiłam zrobić małe porządki.
Zaczęłam standardowo - od swojego pokoju. Kurz na półkach zalegał już od kilku tygodni i nieciekawie wyglądał na meblach tuż obok porcelanowych figurek. W szafkach również zrobiło się nieco luźniej - pozbyłam się bowiem starych, bezużytecznych stert papierów i zeszytów z minionych lat licealnych (właściwie to tylko tych mniej przydatnych zeszytów), które wiązały ze sobą wiele uciążliwych i przykrych wspomnień.

       Poszłam z tymi papierzyskami do lasku obok parku, tuż niedaleko mojego osiedla. Miałam niezłą frajdę, kiedy razem z kumpelą wrzucałyśmy kolejne kartki i okładki zeszytów w małe ognisko, a jaką poczułam ulgę.
       Kolejnym krokiem było... odnalezienie zagubionego pośród stert starych zeszytów pamiętnika, którego pisanie nieco mnie nudziło jakiś czas temu (standardowe chwilowe znudzenie jakimś zajęciem). Otóż, wtedy prowadzenie pamiętnika zaczynało mnie nudzić, a nawet irytować, a teraz... nadrobiłam w nim zaległości, uzupełniając kartki opisami ciekawszych wydarzeń (miłych i nieprzyjemnych), jakie zdołałam spamiętać z minionych kilku miesięcy.
       Zawitałam także tu, na blogu, gdzie od wczoraj panuje już nowy szablon - dość szarawy, muszę przyznać, ale jestem z niego zadowolona. Zaufajcie mi, wpatrywałam się w ten szablon wczoraj w czasie jego produkcji, a nawet chwilę po jego umieszczeniu na blogu, w sumie jakieś sześć godzin z hakiem i jeszcze nie miałam mdłości, jak to miało miejsce przy poprzednim szablonie :P
       Zrobiłam też mały 'numer', w szerokiej liście, na samym dole wyraźnie widać wpisy z ujemną numeracją. Jest to taki mój mały gest ku własnej przeszłości blogowej (i nie tylko). Kiedyś chciałam zapomnieć kim byłam, co robiłam. Chciałam zrywać z własną przeszłością, teraz przyjmuję ją taką, jaka jest, z godnością.
        Notki te pochodzą z mojego poprzedniego bloga (lost-in-dark.blog.onet.pl), którego nie mogę usunąć ja - ze względu na skasowany e-mail, a Onet się do tego jakoś szczególnie nie rwie.
Póki co na tym stanęło...

        Zastanawia mnie tylko jedno w chwili obecnej. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem typem osoby, która szybko się nudzi. I nawet nie ważne jest czy obiekt, którym zainteresowanie straciłam, był jakimś przedmiotem, czynnością, sportem, osobą czy jeszcze czymś innym. Bez względu na to, czym ta rzecz (bądź nie rzecz) jest, po pewnym czasie, choćby to była moja ulubiona bransoletka, ukochany pamiętnik, tracę zainteresowanie tą rzeczą. Przestaje mnie ona fascynować.
        Tak samo mam ze wszystkim. Ten blog nie jest wyjątkiem.
        I kiedy nadchodzi taki okres, znudzenia ulubionym zajęciem, rzucam je w kąt. Odstawiam, zapominam o nim.
        Na szczęście (teraz cieszę się, że mam tę cechę) jestem dość sentymentalna i często nawet rzeczy, których robienie, posiadanie, choć kiedyś tak uwielbiane, teraz mnie irytuje, to nie mam serca, by się ich pozbyć.
        I szczerze mnie to cieszy, gdyż dzięki temu po pewnym czasie, jeśli już nawet zainteresowanie ową rzeczą, czy czynnością nie wróci, to zostaną po niej pamiątki. Pamiątki, które niosą ze sobą wspomnienia.
        Tak jestem sentymentalna. Ja o tym wiem i całkiem mi z tym dobrze.

13 maja 2010

Zaśmiecona głowa...

       Dni wolne - bo rok szkolny jako tegoroczna maturzystka mam za sobą. Sobotnia matura ustna z języka angielskiego na poziomie podstawowym zdana na 100%. Reszta przedmiotów pisemnie już zaliczona. Jeszcze tylko egzaminy ustne: rozszerzenie z angielskiego i język polski. Właściwie to nic strasznego. Najgorsze powinnam mieć za sobą.


       Czas wolny pomiędzy egzaminami - więcej stresu i rozczarowań niż ulgi i odpoczynku. Ciągle coś się wali, coś nie wychodzi. Nagle wszyscy mają o coś pretensję. Wcześniej też mieli, ale miałam wymówkę - szkołę. Ponadto teraz ich uwagi - ni stąd ni zowąd - wydają się jakby wyolbrzymione i nie na miejscu.
       Oczekiwanie na testy, egzaminy, wyniki - najbardziej demotywująca i stresująca czynność w tym wszystkim. Nie da się spokojnie czekać na "wyrok". Wyczekując można stracić całą wiarę w siebie, "zapomnieć języka w gębie" - a mimo to ciągle musimy czekać.
       Teoretycznie powinnam się wyciszyć, uspokoić i w skupieniu usystematyzować ostatki niesklasyfikowanej jeszcze wiedzy przed ostatnimi egzaminami. Powinnam, ale nie potrafię. W tę sobotę mam ustny egzamin z poziomu rozszerzonego z języka angielskiego. Niby nic strasznego, bo przecież angielski mam prawie we krwi. I co z tego, kiedy ja sama już nie wiem, co umiem, a czego nie. Niby się nie boję, a jednak.
       Natłok myśli - o wszystkim i o niczym. Nie potrafię się skupić na czymkolwiek. A jeszcze mam tyle rzeczy do załatwienia...



18 kwietnia 2010

Polewa truskawkowa

       Mądry człowiek... po fakcie. Rok szkolny klas maturalnych (czyli między innymi i mój) niebawem dobiega końca. Właściwie to pozostały ostatnie dwa tygodnie. Dziś w moim liceum minął termin wystawiania ocen. Teoretycznie minął, bowiem konferencja jest w przyszłym tygodniu, we wtorek, toteż Dyrektor mojego szacownego Liceum wyraził zgodę, by (i teraz uwaga!) 12 osób z mojej klasy, które dziś otrzymały ocenę niedostateczną z matematyki na koniec roku, miało szansę ją poprawić przed konferencją klasyfikacyjną. Nie, nie jestem w tej "szczęśliwie nieszczęśliwej" dwunastce. Pomimo to w tym roku wyjdę ze szkoły z najmarniejszym świadectwem jakie kiedykolwiek otrzymałam. Wiele ocen zaniżono, bo byłoby to niesprawiedliwe względem innych - jak powiedziały mi nauczycielki. Owszem, przyznaję, nie uczęszczałam do szkoły jak wzorowy uczeń ani nie odrabiałam prac domowych tak systematycznie jak należy, ale nie znaczy to, że mam pustkę w głowię. Do tego nie wszystkie te nieobecności były spowodowane moim "widzimisię". Nauczyciele powtarzają mi, że stać mnie na dużo więcej, i że nie martwią się o moją maturę, a mimo to wystawili mi oceny dopuszczające. Szczerze, to wystawili mi dużo ocen dopuszczających. Z jednej strony przypuszczałam, że tak będzie, a z drugiej... dotarło to do mnie dopiero dzisiaj - sytuacja w jakiej się znalazłam i konsekwencje mojego postępowania. Skończę szkołę z jednym z najmarniejszych świadectw. Co lepsza, nie wytrzymałam napięcia - ale już po zaliczeniu wszystkich przedmiotów - i coś we mnie pękło. Nagle poczułam się jakby problemy całego świata spadły mi na barki i przewróciłam się pod ich ciężarem.
       Wzięło mnie też na refleksje odnośnie minionych trzech lat liceum. To chyba był najdziwniejszy dotychczas okres w moim życiu. Robiłam, rzeczy o jakie nigdy bym się nie podejrzewała.
        Tak jak dzisiaj. By ochłonąć nieco po pełnym zmagań i emocji dniu w szkole wybrałam się na spacer. W budce ze słodyczami (pod jednym z hipermarketów) kupiłam sobie mini pączki. Akurat to nie powinno nikogo zdziwić, jeśli oznajmię, iż czułam się lekko przybita, a ponadto uwielbiam słodycze. Jednak zdziwił mnie fakt, iż zamówiłam je z polewą truskawkową. Z tą polewą, której nie znoszę. Której unikam tak jak polewy czekoladowej. Nie lubię tych pospolitych, oklepanych smaków. A jednak. I nie wiem, co mnie podkusiło by zamówić dzisiaj mini pączki z polewą truskawkową, ale przyznam, że poprawiły mi humor. Były słodkie, może nawet aż za bardzo, choć może właśnie tego było mi trzeba.
        Jednakże, świadomie nie zamówię tego po raz kolejny! Ja nie cierpię polewy truskawkowej. Zresztą czekoladowej też nie lubię.

10 kwietnia 2010

Pierwszy - Ostatnim

       Wczoraj odebrałam dowód osobisty. Pierwszy dzień pełnoprawnej pełnoletności. Mój pierwszy dzień z dowodem, dla innych był tym ostatnim pełnym dniem życia.
       Cóż za ironia losu. Obudził mnie komunikat radiowy dobiegający z kuchennego radia. Smoleńsk. Rozbity samolot. Na pokładzie był prezydent z żoną. Nikt nie przeżył. W pierwszej chwili pomyślałam, że coś mi się przysłyszało i zakryłam głowę kołdrą. Ale nie. Oni zginęli. Wszyscy. I nie chodzi mi tu już o polityków czy księży, generałów i szefów. Chodzi o ludzi. Setka ludzi zginęła w lesie pod Katyniem. Można powiedzieć - znowu. Katyń, to chyba przeklęta ziemia. I nawet nie chcę dopatrywać się w czym, gdzie tkwi przyczyna tej tragedii.
Najwyraźniej ktoś z "Góry" chciał żeby tak było. Tak miało się stać, mieli zginąć na tamtej ziemi. Ponownie. Widać, nie wolno nam zapomnieć o Katyniu. Ale nie wolno zapomnieć, że tam zginęli ludzie, już nie politycy, wojskowi, szefowie ważnych organizacji państwowych czy przedstawiciele różnych kręgów wyznaniowych, ale ludzie. Ludzie tacy jak my. A sama ta tragedia winna ukazać nam, jak kruche jest to życie ludzkie.
       Panie czuwaj nad duszami tych zmarłych i miej w opiece ich rodziny.

16 marca 2010

Szare niebo

       Powiem wprost. Jak czegoś tu dzisiaj nie napiszę to chyba zwariuję. W głowie mam tyle myśli, że nie potrafię się na niczym skupić - kompletnie na niczym. Mam dzisiaj pisać pracę maturalną, jednakże ilekroć zaczynam zdanie ktoś bądź coś mi przerywa. Tym kimś jest moja Siostra, a tym czymś - mój przeklęty chaos myśli. Jak czegoś z siebie nie wyrzucę, to chyba mnie coś trafi. Dlatego też postaram się w miarę krótko poruszyć kilka kwestii (albo raczej wyrzucić z siebie to, co mnie męczy i dręczy).
       Po tym krótkim wprowadzeniu do notki poruszę sprawę, która (prawie) nie dała mi spać w nocy.
       Jak większość zapewne wie (a Ci którzy nie wiedzą, właśnie zostaną olśnieni) gazetki blogowe zajmują całkiem spory kawałek sieci Onetowej blogosfery. Osobiście sceptycznie podchodzę do tego typu działalności, albowiem nie lubuję w czytaniu prasy codziennej czy czasopism "młodzieżowych" bądź "kobiecych", ani jakichkolwiek innych. Nie gonię za aferami, a niektóre plotki mnie zwyczajnie nie interesują - być może dlatego już dawno odrzuciłam dziennikarstwo samo w sobie jako perspektywę zawodową na przyszłość.
       Choć oczywiście jest to moja prywatna opinia, ale spoglądając z innej strony (bo każdy medal ma dwie strony, a dla upartych to nawet ta trzecia strona - "krawędź" się znajdzie) muszę przyznać, że jest to ciekawy sposób na kształtowanie swoich umiejętności w zakresie literatury użytkowej. Ponadto jest to także forma samorealizacji - tak samo jak np. prowadzenie opowiadania czy bloga z poezją.
       Próbując powrócić do aktywnej części blogosfery wyszukuję ostatnio blogów z ciekawymi osobami. Zajrzałam też na gazetki blogowe, z których powiem szczerze nie "korzystałam" wcześniej, by zorientować się, co tam w trawie piszczy.
       Wtedy zawitał mi w głowie pomysł - czy by nie spróbować swoich sił i wspomóc którąś z gazetek. Jako osobnik ciekawski i otwarty na wyzwania zgłosiłam się (bez jakiegokolwiek doświadczenia w zakresie redagowania artykułów) do jednej z takich gazetek blogowych na stanowisko redaktora. Zostałam przyjęta bez większych komplikacji. Owszem cieszę się, ale boję równocześnie, że sama dokładam sobie roboty zamiast najpierw zająć się najistotniejszą sprawą - szkołą + maturą.
        No cóż, zobaczymy, co to będzie. Redaktorka, choć młodsza ode mnie wydaje się być ogarniętą osobą z ciekawą osobowością i pomysłami, do tego jej gazeta mimo krótkiego stażu sporo przeszła... (PS Teraz mogę śmiało powiedzieć, że to nie dla mnie; pogoń za nowinkami, wyszukiwanie sensacji, nowych zjawisk, ciekawych osobowości by potem o nich napisać; to bardzo czasochłonne zajęcie, nie czuję się w tym dobrze, nie lubię, gdy gonią mnie terminy, do tego jeszcze odpowiedzialność, za to, co napiszę - dziękuję, ale nie dziękuję, ja się do tego nie nadaję.)


       I teraz właściwie dopiero mogę napisać coś odnoszącego się do tematu postu.
Pisząc kolejne zdania pracy maturalnej, na chwilę się zamyśliłam. Spojrzałam za okno, właśnie wyjrzało słońce, choć niebo... niebo ciągle było szarobłękitne. Nawet promienie słońca dzielnie przebijającego się przez pokłady gęstych, deszczowych chmur nie były w stanie zmienić jego dzisiejszej natury kolorystycznej... Wpatrując się w bezkresne szare niebo, poczułam przygnębienie. Jakby ktoś nagle zrzucił na moje barki miliony problemów, z którymi muszę się teraz uporać. Czy pogoda, aż tak intensywnie może wpływać na to, co czujemy? W moim przypadku jak najbardziej, gdyż szare niebo idealnie uzupełnia ponury i przygnębiający obraz ziemi - topniejący, brudny śnieg, ulice w potokach, plucha i błoto na ścieżkach w parku. Nawet krzaki wyglądają na smutne.
A jak jest z Wami?

14 marca 2010

Ukradli mi starego liska!

       Wczoraj był strasznie zakręcony dzień. Nie żeby było Bóg wie jak źle, ale nie lubię takich dni. Najpierw pobudka w sobotę o 9.00, co, przyznam, dla mnie jest katorgą. Jestem typem śpiocha i lubię sobie pospać, a już szczególnie w weekend, ale nie wyszło. Potem krótka poranna toaleta, herbata (bo brakło kawy) na rozbudzenie umysłu, a potem mozolne zabieranie się do sprzątania. Mogę od razu powiedzieć, że sprzątanie nie wyszło. Potem szybki obiad i trzeba było do babci jechać - w końcu Krystyna. Zdążyłam jeszcze tylko na moment włączyć komputer zanim wyszliśmy. Włączyłam swojego FireFox'a i widzę "ściągnij aktualizację". No cóż, czymże może różnić się kolejna mini aktualizacja do mojego liska, także ściągnęłam, uruchomiłam przeglądarkę ponownie i... Szczęka mi opadła, ale nic nie mogłam już zrobić, bo trzeba było już do babci wyjść. Nie znoszę rodzinnych spotkań, a tam zeszło nam trzy godziny! Można powiedzieć, że nie było tak źle, bo niby nie wyszłam z pustymi rękoma, ale... Ja chyba zawsze mam jakieś ale. No cóż, ledwo wróciłam i rozebrałam się z wszelakich okryć, a już musiałam ubierać się na nowo, by wyjść z moim kundlowatym psiakiem (w sumie to niczym ów pies nie zawinił). Jakby tego było mało, to oberwała mi się rurka w szafie i wszystkie wieszaki szlag trafił. W rezultacie mocno wkurzona zgodziłam się wyjść z psem, by ochłonąć i nie zatruwać atmosfery w domu. Spacer zajął kolejną godzinę i tak oto umęczona w końcu wróciłam, by zobaczyć w pełni, co ta cholerna aktualizacja zrobiła z moim liskiem. Mój minimalistyczny, czarny, specjalnie wyszukany, idealnie pasujący do moich wymagań motyw jest niekompatybilny z nową wersją FireFoxa. Niby mogę przywrócić przeglądarkę do poprzedniego stanu rzeczy nawet na kilka sposobów, ale czy ja wiem czy to ma sens. To tak jakbym miała wybierać komputer, patrząc na obudowę niżeli na jego "właściwości", czy samochód, kierując się kolorem lakieru, a nie mocą silnika czy komfortem jazdy. Także mój "stary" lisek, póki co odchodzi w zapomnienie, a ja jakoś będę musiała przyzwyczaić się do białego tła pasków menu i zwyczajnego suwaka, choć mam inną korzyść - mogę w moim Photoshopie zrobić własny "minimotyw", w którym mogę wstawić sobie na górną i dolną belkę okna FireFoxa praktycznie co zechcę.
       Cóż, w życiu tak to już bywa - coś kosztem czegoś, choć przyznam, że chyba nawet polubię ten nowy wygląd liska.



12 marca 2010

Temat uciekł mi w nocy

       Wczoraj wieczorem miałam naprawdę świetny pomysł na temat notki... Ale to było wczoraj, przed godziną 23.45 i niestety w miarę tykania wskazówek zegarka ów świetny i może nie do końca niepowtarzalny pomysł na temat wyparował mi z głowy. Choć może to i lepiej. Będą w końcu inne, może nawet lepsze... W każdym razie nawet nie wiem, co dzisiaj napisać, dlatego może nie będę chwilowo snuć wywodów o czymś, czego i tak nikt by nie zrozumiał i napiszę coś przyziemnego, zwyczajnie prostego. Choćbym nie wiem jak mocno starała sobie przypomnieć o czym miałam dzisiaj napisać, to nic nie świta mi w tej mojej okrągłej główce. Miałam napisać pustej główce, ale przecież nie do końca ona taka pusta jest. No cóż, temat zawsze można wymyślić inny, aczkolwiek wczorajszy pomysł zginął pod presją entuzjazmu wywołanego wykonaniem nowego szablonu w kolorystyce odpowiadającej aktualnemu stanowi pogodowemu (a przynajmniej trzy dni temu jeszcze w takich barwach był świat, bo znów spadł śnieg). I niech was nie zmyli ten odcień tła - to jest zielony! Nie jakiś brąz, czy brudny beż. To jest bardzo szary odcień brudnej zieleni - w mojej interpretacji, idealnie odwzorowujący przedwiośnie. Brązowe odcienie, tło notek, linków czy ten ciemny brąz na nagłówku w moich oczach (dość wybrednej i niezbyt zaawansowanej graficzki komputerowej) świetnie komponują się z tym zielonym. Wiem, że szablon wygląda bardziej jak zapowiedź jakiegoś opowiadania czy coś, ale mnie się taki podoba i póki śnieg nie stopnieje i znów nie zaświeci słońce, szablonu nie zmienię! Do tego wczoraj udało mi się uradować moją niewiele młodszą ode mnie Siostrę, robiąc dla niej już dawno obiecaną tapetę z jej ulubioną postacią - Vincentem Valentine. Tapety nie pokażę, gdyż:
1) została zrobiona tylko dla mojej siostry na użytek domowy,
2) wykorzystałam w niej obrazek bez zgody jego autora. Brnąc dalej powiem tylko, że ostatnio poszukuję ciekawych autorów/ blogów, które chętnie poczytałabym w wolnej chwili, a które to zasiliłyby moją podstronę z linkami. Dodatkowo mam zamiar dzisiaj zrobić kompletną podstronę o autorce - czyli o sobie :D        Właściwie to nie wiem czego oczekuję po tym blogu. Może to zwyczajnie kolejny wybryk niesfornej nastolatki, a może jednak oznaka mojego uzależnienia od blogowania na Onecie.



7 marca 2010

Czyżby przypływ weny?

       Dziwna pora dnia na nowy post... Dziwna na tyle, że może nikt nie zauważy, że tu jestem :D
       W każdym razie, od jakiegoś tygodnia rozpiera mnie... nie, to nie radość, ani nadmiar energii. To coś innego, nawet weną tego nie można określić. Jednakże czymkolwiek to coś jest, sprawiło, że miałam ochotę znowu coś potworzyć (a to mi się nie często zdarza w moich ciągłych nawrotach nastroju depresyjnego). I tak to, dzisiaj (jeszcze dzisiaj, przynajmniej póki to piszę :P) miałam napływ ochoty, by zrobić sobie nową tapetę na pulpit. Poprzednia własnoręcznie robiona już dawno mi się znudziła, a znalezione w internecie nie zawsze (albo powinnam powiedzieć prawie nigdy) nie spełniają moich oczekiwań. I tak oto zrobiłam sobie własną.
       Moją najnowszą obsesją jest seria Macross. A dokładniej rzecz biorąc, ostatnia odsłona serii: Macross Frontier (jeszcze dokładniej, to można by powiedzieć, że trójka głównych bohaterów lub jak kto woli po polsku to - trójkąt miłosny z tymi właśnie bohaterami xD). Jak to z moimi obsesjami bywa (a mam ich już kilka i nawet mam zamiar niedługo o nich tutaj napisać) zaczęłam od obejrzenia (tudzież w przypadku gry od zagrania albo mangi - tu przeczytania) serii anime. Obejrzałam 25 odcinków w ciągu jednego dnia (dokładnie w 14 godzin - no wiecie, musiałam zrobić sobie przerwy np. na wyjście do wc ^^")! Następnego dnia intensywne ściąganie obrazków, następnie soundtracka, potem przez kilka dni przeszukiwanie forów odnośnie wieści o filmie o tym samym tytule. Oczywiście wszystko w najlepszym przypadku tylko po angielsku, gorzej kiedy po japońsku, bo jeszcze go nie umiem T_T, a następnie zaczęło się... poszukiwanie osób opowiadających się po konkretnych stronach trójkąta uczuciowego :D Ach, nie będę się rozpisywać co dalej, bo ciągle jestem pomiędzy tym i kolejnym etapem obsesji na tym punkcie xD W każdym razie, powodem dla którego chciałam tu napisać jest ów niewielki fakt, iż zrobiłam własną tapetę i nawet się nią z Wami podzielę ^^ Klikając w miniaturkę możecie zobaczyć tapetę w powiększeniu.
       Jeśli komuś spodobałyby się, ale nie odpowiadałaby mu rozdzielczość, to wystarczy napisać do mnie na gg albo wysłać e-mail (choć nie obiecuję, że szybko odpiszę:P).
       A tak w ogóle, to powiedzcie, co sądzicie? Nie jestem super grafikiem czy coś. Mam też niestety tendencję do przesadzania, choć jednak preferuję minimalistyczne tapety. Może, jak mi się będzie chciało, przez noc posiedzieć trochę to zrobię drugą inną i rano wkleję ^^ Mam też plan na zmianę szablonu bloga i w końcu może skończę pracę nad podstroną o sobie :P

       Ja ne! (to z japońskiego "do zobaczenia")

      


Na tapetach Ranka Lee & Alto Saotome

25 lutego 2010

Tematu nie będzie?

       Właściwie, to nie mam konkretnego powodu, by cokolwiek tu wpisać. Jednakże, jako iż postanowiłam, że nie zostawię tak tego bloga w ciemnej otchłani zapomnienia, zebrałam się, by napisać - cokolwiek.
       Będąc szczerą, to nie mam powodów, by skakać z radości czy nawet cieszyć się drobnostkami. W domu ciężko cokolwiek załatwić. Kasy w domowym skarbcu nie ma. Osobiste finanse obiecałam sobie odłożyć na coś innego, ale jeśli obecny stan będzie się utrzymywał zbyt długo, to pewnie moje dobre serce odda odłożone pieniądze na cele kuracyjne domowego skarbca. I tak to już z tą mą dobrocią bywa, że potem nie doczekam się zwrotu własnych pieniędzy (oj, ja mam nadzieję, że mój ojciec dobrze pamięta te pożyczone mu 400 złotych). I tak dalej kontynuując tę moją szczerość, musiałabym przyznać, że w związku z kruchymi finansami atmosfera w domu nie bywa zbyt przyjazna i swe gościnne ramiona okazuje tylko w nagłych przypadkach, to jeszcze dzisiaj miałam wrażenie, że odłączono nam internet (tak, jest aż tak źle). Aczkolwiek mój wrodzony optymizm, który, przyznam, zakopałam z największą skrupulatnością w najgłębszych jaskiniach podziemia, a który to udało się po nie tak wielkich trudach wywabić z ciemności pewnej rozsądnej osobie, nakazuje mi spojrzeć na całą tę sytuację z dystansem. Także nie załamuję się i nie przeraża mnie nawet ojciec, który ponoć jest optymistą, a topi swe smutki w alkoholu i papierosach.
        Tak więc, (nauczyciele powtarzają by nie zaczynać tak zdania xP ) brnąc dalej, próbuję jakoś zmobilizować siły i w końcu zabrać się za przepisanie notatek i pracę maturalną z języka polskiego. Mozolnie mi to idzie, a byłam tak entuzjastycznie nastawiona, że teraz nie wiem nawet od czego zacząć. Ambitny temat o fantastyce. Niby mnie bliski, a jednak. Odległy. Ale cóż, głęboki wdech i jakoś pójdzie.
        I wracając do tematu. Tematu nie będzie, bo niby nic konkretnego. Chwila refleksji, rozmyślania, odprężenia przy dobrej muzyce. Takie niby nic. Na zakończenie dodam, że w końcu jutro jadę złożyć wniosek o dowód osobisty. Tak! Nareszcie dorosłam do myśli o dorosłości :D
        Hmm... co by tu jeszcze... Choruję - w ferie. Też mi frajda z takich ferii :| Dobra, już nie truję...


Pozdrowienia ziemianie :D


16 stycznia 2010

Studniówka nie dla każdego

  Jak już wcześniej pisałam jestem w trzeciej klasie liceum. W tym roku czeka mnie matura (jeśli zostanę do niej dopuszczona), no i wielu powiedziałoby - studniówka. Większość z Was słysząc 'studniówka' wyobraża sobie siebie w ślicznej sukience i nowych butach bądź w świeżutkim garniturze z ładną dziewczyną albo przystojnym chłopakiem u boku, bądź w przypadku osób nieco starszych wspomina swój bal maturalny, czyż nie? Jednakże, co pozostaje osobom, których nie stać na jednorazowe szaleństwo? Bądź mają coś ważniejszego do zrobienia niżeli studniówka? Co z nimi?
Otóż to. Jestem jedną z tych, którzy nie byli w stanie pójść na ten jedyny w swoim rodzaju wieczór.
   Przyczyna była prosta - problemy finansowe. Nie ma nikogo, kto mógłby wziąć na siebie winę za taki stan, bo to niczyja wina. Tak jest i już. Nic chwilowo tego nie zmieni. Praktycznie od początku roku szkolnego wiedziałam, że nie pójdę na studniówkę. Nie byłam zła z tego powodu ani nie było mi przykro. Myślałam, że mi nie zależy. Że pogodziłam się z tym. Sądziłam, że skoro mam klasę jaką mam, to nawet nie chcę tam iść. I pewnie sądziłabym tak dalej, gdyby studniówka nie była wczoraj, a ja nie rozmawiałabym o tym z kolegą. Może nie żałuję, ale z jakiegoś niewiadomego mi powodu jest mi przykro, że mnie tam nie było. Całkiem prawdopodobne, że gdybym kiedykolwiek z kimś była na jakiejś studniówce nie czułabym się tak jak się teraz czuję. Tak, nigdy nikt nie zaprosił mnie na studniówkę, a ja nie poszłam też na swoją. W rezultacie będę jedną z pewnie całkiem niewielkiego grona osób, które nie było na żadnej studniówce. I tu nasuwają mi się beznadziejne myśli typu: "Czy ja aż tak bardzo odsunęłam się od ludzi?" albo "Czy jestem aż tak brzydka/ niemiła/ głupia?""Czy ja jestem aż tak straszna, że odpędzam od siebie chłopaków?". Czy to moja wina, czy może świat na głowę upadł i mnie pominął? Bo jeśli to świat mnie pominął, to ja też chcę upaść na głowę i stać się jego częścią i nie czuć się więcej odosobniona czy odrzucona.
   Nawet moja mama choć nie była na własnej studniówce, to została zaproszona na dwie inne. I taka jest historia większości dziewcząt, które przed swoją studniówką były już na choćby jednej innej. I jak mam nie czuć się choćby odrobinę gorsza, kiedy w koło wszyscy są tak inni, że choć ja normalna, to wydaje się jakbym spadła z księżyca?



11 stycznia 2010

Postanowienia... Do zrobienia?

  Nie jestem typem osoby, która żyje wedle ustalonego odgórnie planu. Nie potrafię postanowić z wyprzedzeniem, co będę robić za dzień, dwa, tydzień, miesiąc czy rok. Tak naprawdę nigdy nie określałam sobie postanowień noworocznych. Nie robiłam tego wcześniej, to nie dla mnie. Nie umiem żyć według planu. A nawet jeśli bym próbowała, to najzwyczajniej mi to nie odpowiada. Irytuje mnie monotonność, szczegółowe grafiki czy choćby nawet lista rzeczy do zrobienia, kupienia. Owszem są ludzie, którym łatwiej żyje się według planu. Są też tacy, którzy nie umieją żyć inaczej niżeli wedle tego planu, który sobie obmyślili. Ale ja... Ja, to inna bajka. Na tyle inna, że nawet nie chcę planować. Może i umiem, ale nie chcę. Brzydzę się tym i tyle. Owszem, przyznam, że funkcjonowanie wedle określonych zasad, reguł czy w jakichś ustalonych ramach jest prostsze. Zwyczajnie prostsze. Ale świat jest przewrotny a nasze postanowienia na nowy rok nie przewidują kolei losu. Więc może zamiast mówić sobie twardo: "muszę schudnąć 10 kg i już", lepiej zaakceptować się takim jakim się jest, albo... zamiast z tego powodu iść na super rygorystyczną dietę (która też jest swoistym planem żywieniowym), zacząć uprawiać jakiś sport? Bo przecież nikt nie jest w stanie przewidzieć czy przypadkiem nie uzależnisz się od odchudzania albo czy dieta ci nie zaszkodzi zamiast pomóc?
  Ja na przykład prowadzę dość mocno kanapowo-fotelowy tryb życia i nie mam super szybkiej przemiany materii, bowiem mam nadwagę 6kg, ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza, a o dziwo nawet schudłam ostatnio bez żadnej diety czy specjalnego wysiłku fizycznego.
       A wracając do postanawiania.
       No cóż, dla mnie postanowienia noworoczne są pewnego rodzaju obietnicą. A ja z kolei często łamię słowo dane samej sobie, co w rezultacie prowadzi do niezadowolenia z siebie. A jak tak się złoży kilka niedotrzymanych obietnic, to niezadowolenie przeradza się w 'mały dołek' stanu psychicznego. A w takim stanie jeszcze mam trochę siły i składam kolejne postanowienie, że się poprawię, że coś tam i tak dalej... ale, nic nie wychodzi z tych postanowień i w efekcie pogrążam się coraz bardziej.
       I nie wmawiajcie mi, że ja tu bajki wymyślam. W moim przypadku tak to działa. Może nie koniecznie w odniesieniu do postanowień noworocznych, ale czym one różnią się od postanowień, które składamy sobie z jakiejkolwiek innej okazji? Dla mnie niczym. A jako, że nie składam nigdy postanowień noworocznych, jak to się zwykle robi, nie ujrzycie tutaj listy rzeczy do zrobienia wraz z powodami, no, chociaż mogę zrobić jeden maleńki wyjątek: "Żeby życie, które przez ostatnie dwa lata zdołałam postawić na głowie znów stanęło na nogi."
       Heh... Widzicie, ja nawet nie umiem porządnie składać postanowień...

Edit z 08.03.2012:
Psyt, to postanowienie... spełniło się :)

9 stycznia 2010

Powrotów i zniknięć ciąg dalszy?


I znów tu jestem.
Nowy szablon, nowy rok, nowe postanowienia, kolejna nowa ja.
Czy na pewno?




  Jestem chyba chronicznym przypadkiem beznadziejności. Od kilku lat robię to samo. A właściwie, to robię od kiedy skończyłam 14 lat.
   Wszystko było nowe. Nowa szkoła, nowe miejsce zamieszkania, nowi znajomi, nowa ja, nowy blog... I chyba utknęłam gdzieś w tym błędnym kole. Ciągle chciałam wszystko zmieniać. Zmieniać siebie. Na siłę stać się kimś lepszym. Niestety, zamiast zyskać na tym tylko pogrążałam się. Z każdym kolejnym postanowieniem zmiany zapadałam się bardziej. Niszczyłam się. No i mam.
   Jestem teraz w trzeciej klasie liceum. Z moją obecną sytuacją, przyszłość nie wygląda zbyt kolorowo. Nie będę czarować, że w obecnej chwili, gdybym ciągnęła dalej to, jak się zachowywałam jeszcze kilka tygodni temu, gdybym ciągle robiła to, co robiłam dotychczas czyli praktycznie nic poza zamykaniem się przed światem, to nie czekałoby mnie nic innego poza oblaną maturą i powtórką roku. Nie ukrywam, że jeśli jakoś znów wpadnę w to błędne koło, to czeka mnie taki los. Ale byłam kiedyś optymistką, a przynajmniej tak mi się zdawało. Więc jeszcze nie wszystko stracone, prawda?
   Nie. Nie odpowiadaj... Nie tego oczekuję. Nie chcę też słów litości. Ani nawet żadnych słów pocieszenia. Ja tylko ciągle muszę mieć przed sobą obraz katastrofy, jaka mnie czeka jeśli nie wyrwę się z obłędu w jaki popadłam. I wcale nie chcę się zmieniać. Ani zrywać z przeszłością, choć tak często to kiedyś powtarzałam. I nie chcę już uciekać przed odpowiedzialnością za własne poczynania ani chować głowy w piasek. Nie chcę zniknąć...
Ja chcę tylko móc znów spojrzeć przez różowe okulary na świat, choćby jeszcze kilka razy zachwycić się błahostką i uśmiechnąć się szczerze. Chcę znów żyć z radością w sercu, bez wyrzutów sumienia. Cieszyć się dniem i nocą, a nie rozpamiętywać kolejny stracony dzień. Przecież mam tyle rzeczy do zrobienia. Całe życie przede mną.


I tak, zastanawiając się, ciągle nie wiem, dlaczego tu wróciłam.
Wróciłam.
Ale czy na pewno?
A może znów zniknę po tym wpisie i nigdy już nic nie opublikuję na tym blogu.
Aż nasuwa mi się myśl: "Czy to ma sens?"
I jak się tak zastanowię, to przychodzi mi jedna odpowiedź:


"Bez względu na to czy zniknę, czy zostanę, wiem, że kiedyś kochałam blogować, że sprawiało mi to radość. Dlatego zawsze wracałam. Jak wierny pies do swego właściciela. No i do tego jest jeszcze jeden aspekt. Nawet jeśli nikt tego nie czyta ja muszę, czuję potrzebę wygadania się, wylania na papier do opinii publicznej, personalnej swoich problemów. Wiem, że nie jest to do końca najlepszy sposób oczyszczenia się z problemów, ale to dzięki temu czuję się lepiej. Jakby odświeżona."


Mały chaos, nie wiadomo czego się spodziewać.
Cóż, tutaj zawsze tak będzie, bo to chaos moich myśli
I tak, będę tu pisać o sobie, bo jestem egoistką.
Jestem egoistką z lekkim zainteresowaniem najbliższymi.